Zaczęło się od pustego krzesła
Nie pamiętam już, przy którym dokładnie demie zwróciłam na to uwagę. Być może dlatego, że na początku nie było w tym niczego szczególnie spektakularnego. Jedno wolne krzesło, potem drugie, kilka rzędów, w których można było usiąść bez przeciskania się między ludźmi. Ot, zwykła sala podczas wydarzenia akwarelowego. Tyle że coś mi w tym obrazie nie pasowało. Jeszcze całkiem niedawno podobne miejsce wyglądało inaczej. Człowiek przychodził wcześniej, żeby w ogóle mieć gdzie usiąść, a na warsztaty potrafił zapisywać się z refleksem godnym polowania na bilety na dobry koncert. Jeśli przegapił moment otwarcia zapisów, zostawała lista rezerwowa i nadzieja, że komuś w ostatniej chwili rozchoruje się kot, samochód albo On sam.
Jeszcze dwa lata temu nikogo specjalnie nie dziwiły listy rezerwowe liczące po kilkanaście nazwisk na warsztaty prowadzone przez rozpoznawalnych artystów, zwłaszcza tych związanych z SAP lub o międzynarodowej sławie. Świdnickie Spotkania Akwarelowe wyprzedawały warsztaty w całości. Podobnie jak pomniejsze pracownie wyprzedawały plenery. Nazwisko działało trochę jak gwarancja jakości i trochę jak magnes: jeśli prowadzi ktoś uznany, to trzeba jechać. Nie bardzo było nawet nad czym dyskutować. Ktoś maluje świetnie, jest obecny w środowisku, ma wystawy, nagrody i rozpoznawalność - więc jego warsztat musi być wydarzeniem.
A potem, niemal niezauważalnie, zaczęło się coś zmieniać. Na tegorocznym ECWS pojawił się problem z obsadzeniem wszystkich miejsc na warsztatach, mimo że prowadzą je osoby rozpoznawalne i związane z SAP. Choc to było niemal nie do uwierzenia – na socialach SAPu oraz jego członków co jakis czas były przypominane zapisy do tego czy tamtego artysty. W Gdańsku na demonstracjach dało się zobaczyć więcej wolnych miejsc, niż podpowiadałaby pamięć poprzednich lat i wydarzeń. W Świdnicy, kiedy porównuję zdjęcia rok do roku, w 2025 roku na demach siedziało po prostu więcej osób. Nie są to jeszcze puste sale i nie zamierzam z kilku fotografii robić GUS-u polskiej akwareli, ale trudno nie zauważyć, że tłum lekko się przerzedził.
Było to szczegolnie dobrze widać porównując tegoroczne demo otwarcia i demo zamknięcia w trakcie Świdnickich Spotkań Akwarelowych. Otwierał Amit Kapoor – z pełniutką salą. Zamykał Massimiliano Iocco – i miał wiele pustych miejsc. Nie mówiąc już o wypełnionej może w 1/3 sali podczas świetnego wykładu Hermanna Meyera z firmy Da Vinci na temat tworzenia pędzli.
Świdnica nie była jednak wyjątkiem- niespełna miesiąc później podobne miejsca w których hulał wiatr dało się zauważyć na licznych zdjęciach z ECWS organizowanego w Gdańsku przez Stowarzyszenie Akwarelistów Polskich. Jesli na demach nazwisk takich, jak Jasiewicz, Papke, Gosik czy Suffczyński nie ma pełnego obłożenia – to znak, że coś się dzieje…
W Rybniku podczas IV Finenesss Art Festival także nie na wszystkie warsztaty zapisała się maksymalna ilośc uczestników – zatem można już mówić o pewnej demokracji wśród wydarzeń.
Podobnie ma się sprawa z plenerami czy warsztatami. Przybywa chociażby Prafull Sawant – i także nie ma pełnej listy, a w sieci co rusz wisza przypomnienia o organizowanych lekcjach. Przypomina się o jesiennym plenerze Michała Jasiewicza. Miejsca są- ale zainteresowanych nagle jakby ubyło.
Co ciekawe, wejściówki naduże festiwale i wydarzenia nadal potrafią się sprzedać w całości. Ludzie przyjeżdżają. Spotykają się, oglądają wystawy, buszują między stoiskami, rozmawiają, chodzą na kawę, malują, robią zdjęcia, czasem nawet stoją w kolejce po pędzel czy farbę. A czasem tylko… polują na goodie baga 😊
Akwarelowy świat nie wygląda więc jak opuszczone wesołe miasteczko po sezonie. Jest żywy. Tylko niekoniecznie siedzi już grzecznie przez kilka godzin na krześle przed każdym kolejnym mistrzem.
I kiedy w ostatnich tygodniach to dostrzegłam- pojawiło mi się w głowie pytanie, którego wcześniej właściwie nie miałam powodu zadawać: czy moda na akwarelę rzeczywiście minęła? A może próbujemy mierzyć dzisiejsze zainteresowanie miarą świata, którego już po prostu nie ma?
Kiedy wszystko było nowe
Każda moda ma swój piękny, trochę szalony początek. Nagle odkrywamy coś, co istniało od dawna, ale dopiero teraz zaczyna być wszędzie. Pojawiają się grupy, kanały, wydarzenia, pierwsze duże nazwiska, zachwyt nowymi materiałami. Człowiek widzi akwarelę rozlewającą się po papierze i myśli: chcę tak. Potem kupuje pierwszy lepszy zestaw, odkrywa, że nie wychodzi, kupuje lepszy papier, dalej nie wychodzi, więc dochodzi do jedynego logicznego wniosku - trzeba pojechać na warsztaty.
W pierwszych latach takiego zainteresowania praktycznie wszystko jest odkryciem. Pierwszy raz widzimy, jak ktoś świadomie prowadzi wodę. Pierwszy raz ktoś tłumaczy nam, dlaczego pigment osiada właśnie tam, a nie dwa centymetry dalej. Pierwszy raz oglądamy dobrego pejzażystę malującego niebo i wydaje nam się, że wydarzyła się magia. Potem przychodzi drugi artysta, trzeci, dziesiąty. Każdy coś wnosi, każdy pokazuje trochę inną rękę, inną kolejność pracy, inne materiały. I naprawdę można przez kilka lat jeździć od warsztatu do warsztatu, wracając za każdym razem z czymś nowym.
Tylko że publiczność też się uczy. To chyba najbardziej niedoceniany element całego zjawiska. Rynek edukacyjny bardzo lubi myśleć o odbiorcy jak o kimś, kto stale stoi w tym samym miejscu i czeka na kolejną porcję wiedzy. Tymczasem osoba, która zaczęła malować pięć, siedem czy dziesięć lat temu, nie jest już tą samą osobą. Zdążyła obejrzeć setki filmów, pojechać na kilka warsztatów, przeczytać dziesiątki dyskusji o papierze, zniszczyć wystarczającą liczbę arkuszy i kupić wystarczającą liczbę niepotrzebnych zieleni, żeby przynajmniej mniej więcej wiedzieć, czego chce.
Na początku pytamy: „Kto dobrze maluje?”. Później zaczynamy pytać: „Czego ja się od niego właściwie nauczę?”. To brzmi podobnie, ale jest fundamentalnie innym pytaniem. Świetny malarz może być fascynujący do oglądania i jednocześnie nie mieć dla nas już niczego nowego na poziomie warsztatowym. Możemy uwielbiać czyjąś twórczość, a jednak nie potrzebować po raz kolejny malować pod jego kierunkiem podobnego pejzażu. Możemy podziwiać obraz bez potrzeby odtwarzania drogi, która do niego prowadzi.
Być może właśnie tutaj zaczyna się pierwszy problem dawnych „mistrzowskich” warsztatów. Nie chodzi o to, że mistrzowie nagle przestali być mistrzami. Po prostu ich publiczność przestała być początkująca.
Nagle wszyscy uczą
Jest też druga rzecz, znacznie mniej romantyczna, za to bardzo łatwa do policzenia na poziomie zdrowego rozsądku. Oferta zrobiła się gigantyczna. Kiedyś kilka większych wydarzeń w roku naprawdę mogło być czymś, wokół czego planowało się kalendarz. Dzisiaj kalendarz planuje się raczej po to, żeby znaleźć weekend, w którym nic akwarelowego się nie dzieje.
Warsztaty prowadzą artyści rozpoznawalni od lat, artyści młodsi, lokalni instruktorzy, osoby po szkołach artystycznych i osoby zupełnie spoza nich. Są domy kultury, prywatne pracownie, plenery, kursy online, zamknięte grupy, patronaty, subskrypcje, transmisje na żywo, YouTube, tutoriale na Instagramie, krótkie rolki i długie demonstracje. Można uczyć się od Polaka siedzącego dwadzieścia kilometrów dalej albo od artysty z Indii, Hiszpanii czy Stanów Zjednoczonych bez wstawania z kanapy. Nigdy nie mieliśmy tak ogromnego wyboru.
I tu wcale nie trzeba żadnego dramatycznego odpływu ludzi, żeby ktoś zaczął mieć problem z wypełnieniem sali. Wystarczy, że ta sama liczba zainteresowanych rozdzieli się pomiędzy wielokrotnie większą liczbę ofert. Jeśli kiedyś sto osób miało do wyboru pięciu nauczycieli, a dziś ma trzydziestu, to każdy z tych trzydziestu może opowiadać, że „ludzie przestali chodzić na warsztaty”, choć ludzie wcale nie przestali. Po prostu poszli gdzie indziej.
To chyba najważniejsza rzecz, jaka zmieniła się w akwarelowym świecie: skończył się monopol na uwagę. Kiedyś samo pojawienie się dużego nazwiska w programie wydarzenia potrafiło załatwić sprawę. Dzisiaj to nazwisko konkuruje nie tylko z innym znanym nazwiskiem, ale też z lokalnym prowadzącym, którego uczestnik już zna i lubi, z darmowym trzygodzinnym filmem na YouTubie, z własnym plenerem grupy znajomych, a czasem po prostu z niedzielą spędzoną w domu.
I zaczyna się walka o zasób znacznie bardziej ograniczony niż pieniądze: o czas i uwagę.
Mistrz, czyli kto?
Do tego dochodzi jeszcze coś, o czym środowiska artystyczne nie zawsze lubią mówić głośno. Tytuł „mistrza” nie jest walutą o stałym kursie. Oczywiście są artyści wybitni, są ludzie o ogromnym dorobku i warsztacie, którego nie da się podważyć. Ale wraz z dojrzewaniem środowiska rośnie też jego zdolność do rozróżniania rzeczy, które kiedyś wrzucaliśmy do jednego worka.
Bo dobrze malować, dobrze pokazywać malowanie i dobrze uczyć malowania to trzy różne umiejętności. Można być fantastycznym artystą, który przy pracy działa niemal intuicyjnie, ale nie potrafi nazwać tego, co robi. Można świetnie prowadzić demonstrację, budować napięcie i zachwyt widowni, a przy indywidualnej korekcie nie umieć wyjaśnić, dlaczego czyjaś praca utknęła. Można też nie mieć najbardziej spektakularnego portfolio na świecie, ale znakomicie rozkładać technikę na części i sprawiać, że uczestnik naprawdę wychodzi z warsztatu bogatszy o konkretną umiejętność.
Na początku nie zawsze to widzimy. Patrzymy na obraz i zakładamy, że skoro ktoś umie go namalować, to musi też umieć nauczyć nas tego samego. Po kilku latach człowiek zaczyna być bardziej podejrzliwy. Czy na tym warsztacie poznam coś, czego jeszcze nie znam? Czy prowadzący pracuje w sposób, który w ogóle pasuje do mojego malowania? Czy chcę nauczyć się jego techniki, czy tylko podoba mi się efekt końcowy? Czy będę malować, czy raczej przez pół dnia obserwować, jak ktoś inny maluje swój obraz?
No i dochodzi wraz z rozwojem potencjalnego ucznia jeszcze jedna brutalna rzecz- uczeń rozumie coraz więcej i dostrzega coraz więcej. Początkującemu można było wcisnąc każdy kit- ale już doświadczony akwarelista błyskawicznie wyłapie błędy i nieścisłości u innych. Bywa- że nawet błędy kardynalne, które nigdy nie powinny byc przekazywane dalej.
I choć może się wydawać, że jedna czy dwie wpadki to jeszcze nic- rzeczywistośc temu przeczy. Świat to teraz globalna wioska, a fama idzie błyskawicznie. To, co stało się w Polsce – w Polsce wcale nie musi pozostać. Akwareliści całego świata znają się coraz lepiej i coraz więcej dyskutują…
To nie jest atak na „mistrzów”. Właściwie przeciwnie. To naturalna konsekwencja tego, że ludzie stają się bardziej świadomi. Tak samo dzieje się z materiałami. Na początku kupujemy farbę, bo ktoś powiedział, że jest dobra. Potem pytamy o pigment, transparentność, granulację i zachowanie na konkretnym papierze. Z nauczycielami zaczynamy robić dokładnie to samo: mniej interesuje nas etykietka, bardziej to, co naprawdę jest w środku.
I mam wrażenie, że właśnie dlatego nazwisko nie gwarantuje już kompletu. Nie dlatego, że nagle straciło wartość, ale dlatego, że samo przestało wystarczać. Rynek, który kiedyś kupował prestiż, coraz częściej kupuje konkretną odpowiedź na konkretną potrzebę.
Portfel też ma coś do powiedzenia
No i dochodzimy do pieniędzy. Tematu, który w akwareli wraca regularnie jak rachunek po wakacjach i którego nie da się zamalować nawet bardzo kryjącym pigmentem.
Nie mam zamiaru ogłaszać na podstawie kilku rozmów, że Polakom właśnie dramatycznie spadły dochody, a akwareliści znaleźli się na skraju finansowej przepaści. Nie prowadzę badań gospodarstw domowych, nie zaglądam ludziom do portfeli i nie mam specjalnej tabeli „wydatki na mokre-na-mokre w relacji do inflacji”. Mam jednak coś innego: rozmowy. I w tych rozmowach coraz częściej słyszę dokładnie to samo.
„Pojechałabym, ale muszę wybrać”. „Na jeden warsztat jeszcze mogę sobie pozwolić, na trzy już nie”. „Sam warsztat nie jest najgorszy, tylko trzeba doliczyć hotel”. „W tym roku odpuszczę wyjazd i kupię sobie papier”. „Może następnym razem”.
I to „może następnym razem” zaczyna mieć znaczenie, bo koszt warsztatu nigdy nie kończy się na cenie podanej w formularzu. Dojazd, nocleg, jedzenie, wejściówka, czasem dodatkowe materiały, czasem urlop. Jeśli wydarzenie jest na drugim końcu Polski, trzysta, czterysta czy nawet 800 złotych za zajęcia potrafi w cudowny sposób rozmnożyć się do kwoty, przy której człowiek zaczyna porównywać artystyczny weekend nie z innym warsztatem, tylko z krótkimi wakacjami za granicą.
A przecież akwarela już sama w sobie nie jest hobby, które szczególnie pomaga w oszczędzaniu. Dobry papier kosztuje. Farby kosztują. Pędzle potrafią kosztować. Jeśli ktoś przez kilka lat uzbierał materiały, zapłacił za kursy i objechał trochę wydarzeń, może dojść do bardzo zdrowego wniosku, że nie musi uczestniczyć we wszystkim. Nie dlatego, że przestał kochać akwarelę. Tylko dlatego, że ma jeszcze czynsz, wakacje, rodzinę, inne zainteresowania i zwykłe życie, które bezczelnie odmawia uznania kolejnego warsztatu za wydatek pierwszej potrzeby.
Co więcej, im większa oferta, tym boleśniejszy staje się wybór. Kiedy w roku były dwa wydarzenia, łatwiej było powiedzieć: jadę na oba. Kiedy interesujących warsztatów jest kilkanaście, nie da się już podejmować decyzji wyłącznie sercem. Portfel zaczyna głosować. I bardzo często głosuje za jednym naprawdę wybranym doświadczeniem zamiast za seryjnym zaliczaniem wszystkiego, co pojawi się w kalendarzu.
Może więc nie mamy do czynienia z zanikiem chęci uczenia się, tylko z końcem okresu, w którym można było liczyć, że odbiorca po prostu znajdzie kolejne pieniądze, bo przecież „to warsztaty z mistrzem”.
Tymczasem internet rośnie
Najbardziej podejrzane w całej teorii o końcu mody na akwarelę jest jednak to, że internet nie bardzo chce z nią współpracować. Gdyby ludzie rzeczywiście tracili zainteresowanie techniką, spodziewałabym się, że zobaczymy to również tam. Mniej wyszukiwań, mniej oglądania, mniej czytania, mniej pytań. Tymczasem przynajmniej w moim małym wycinku rzeczywistości widzę ruch w przeciwną stronę.
Statystyki oglądania filmów na YouTubie rosną. Statystyki Inżynierii Akwarelowej rosną. Ludzie nadal czytają testy, porównują papiery, pytają o pigmenty, oglądają warsztaty, analizują pędzle i szukają odpowiedzi na coraz bardziej szczegółowe pytania. Co więcej, pytania są często bardziej świadome niż kilka lat temu. Coraz rzadziej chodzi wyłącznie o „jak zacząć”, a coraz częściej o to, dlaczego konkretny materiał zachowuje się w określony sposób albo jak osiągnąć określony efekt.
Jeszcze rok temu wiele filmów na kanale zatrzymywało się w okolicach 120 wyświetleń, a wynik rzędu 200 można było uznać za bardzo dobry. Dziś kolejne materiały potrafią przekraczać 400 wyświetleń, a statystyki Inżynierii Akwarelowej również rosną. Ponad 4600 unikalnych wejśc w lipcu to nie jest efekt działania kilkudziesięciu osób. Nie wygląda to więc jak środowisko, które właśnie traci zainteresowanie akwarelą — raczej jak takie, które coraz większą część swojej aktywności przenosi do sieci.
Czyli ludzie nie zniknęli. Być może po prostu przesiedli się z krzeseł na kanapy.
I trudno im się dziwić. Żyjemy w czasach, w których można wieczorem zrobić herbatę, otworzyć YouTube i przez trzy godziny oglądać świetnego akwarelistę z drugiego końca świata. Można zatrzymać film dokładnie w chwili, gdy robi coś ciekawego. Cofnąć. Przybliżyć. Obejrzeć następnego dnia. Nie trzeba jechać pięciuset kilometrów, rezerwować hotelu ani zastanawiać się, czy ostatni pociąg zdąży przed końcem demonstracji.
Oczywiście internet nie zastąpi wszystkiego. Nie spojrzy na naszą kartkę i nie powie: tutaj położyłaś drugą warstwę o trzy minuty za wcześnie. Nie zobaczy, że trzymamy pędzel tak, jakbyśmy próbowały nim podpisać akt notarialny, zamiast pozwolić mu swobodnie pracować. Nie da atmosfery wspólnego malowania i rozmowy z człowiekiem, którego prace znamy od lat. Ale ogromną część wiedzy podstawowej i średniozaawansowanej potrafi dostarczyć zupełnie wystarczająco.
I to zmienia ekonomię całej zabawy. Stacjonarny warsztat nie konkuruje już wyłącznie z innym stacjonarnym warsztatem. Konkuruje z tysiącami godzin wiedzy dostępnej bez hotelu, bez dojazdu i często zupełnie za darmo. Musi więc dawać coś, czego ekran nie potrafi: indywidualną korektę, wyjątkową technikę, kontakt, doświadczenie, społeczność albo po prostu poczucie, że właśnie po to warto było wyjść z domu.
A może festiwale zmieniły funkcję?
Tu wracamy do tych pozornie sprzecznych wejściówek. Skoro bilety się sprzedają, dlaczego nie zawsze widać potem komplet na demie? Być może dlatego, że samo wydarzenie akwarelowe też przestało być tym, czym było kilka lat temu.
Kiedy dostęp do wiedzy był bardziej ograniczony, demonstracja była jednym z głównych powodów przyjazdu. Dzisiaj dla wielu osób równie ważne, a czasem ważniejsze, jest spotkanie z ludźmi. Zobaczenie prac na żywo. Pogadanie z kimś, kogo przez cały rok zna się tylko z małego zdjęcia profilowego. Dotknięcie papieru, którego nie da się ocenić na monitorze. Obejrzenie pędzla. Wymiana farb. Wspólna kolacja. Plotki. Inspiracja. To wszystko, co sprawia, że środowisko przestaje być zbiorem kont internetowych, a na chwilę staje się prawdziwą społecznością.
W takim układzie kupiona wejściówka nie oznacza już automatycznie, że jej właściciel spędzi osiem godzin w sali pokazowej. Może wejść na jedno demo, drugie odpuścić, w tym czasie rozmawiać na korytarzu, oglądać wystawę albo po prostu pójść z kimś na kawę. Z perspektywy organizatora wolne krzesło może wyglądać jak spadek zainteresowania programem. Z perspektywy uczestnika ten sam dzień może być znakomitym i bardzo intensywnym wydarzeniem akwarelowym.
To zresztą trochę przewrotne. Im silniejsza staje się społeczność, tym mniej posłusznie zachowuje się jak publiczność. Przestaje siedzieć tam, gdzie ustawiono krzesła, i zaczyna sama decydować, co jest dla niej najciekawsze.
Być może właśnie dlatego zdjęcie pełnej sali przestało być jedynym sensownym wskaźnikiem sukcesu festiwalu. Tyle że jednocześnie dla osoby sprzedającej warsztaty czy budującej swoją pozycję na demonstracjach ten sam proces może wyglądać jak bardzo wyraźny spadek popytu. Obie rzeczy mogą być prawdziwe naraz.
Czy zatem moda minęła?
Nie wiem. I chyba właśnie ta odpowiedź jest uczciwsza niż szybkie „tak” albo „nie”. Moda w rozumieniu pierwszego zachłyśnięcia się techniką mogła rzeczywiście osłabnąć. Być może minął etap, w którym wszystko, co miało na plakacie słowo „akwarela”, automatycznie budziło ekscytację. Być może część osób, które przyszły wraz z boomem, zdążyła już odejść do ceramiki, szydełkowania, fotografii albo czegokolwiek, co algorytm pokaże jako następne piękne hobby.
Ale to jeszcze nie znaczy, że akwarela przestała mieć odbiorców. Znacznie bardziej prawdopodobne wydaje mi się, że jej środowisko po prostu dorosło i rozproszyło się.
Jest więcej nauczycieli, więcej materiałów, więcej wydarzeń i więcej wiedzy. Odbiorcy są bardziej doświadczeni, bardziej wybredni i ostrożniej wydają pieniądze. Wiedzą, że nie muszą zobaczyć wszystkiego i że nie każdy uznany artysta będzie ich nauczycielem. Potrafią też znaleźć ogromną część potrzebnej wiedzy samodzielnie.
Zas początkujący zdecydowanie wolą wydac mniej i kupić taniej – łatwiej dac 150zł za warsztat u mało znanej osoby która w mniemaniu zainteresowanego “tworzy cuda”, niz zapłacić 500zł za warsztat u “Mistrza” na który trzeba dojechać przez pół kraju.
To nie jest wygodna sytuacja dla rynku warsztatowego, bo dojrzalszy klient jest trudniejszy. Nie wystarczy mu powiedzieć: „przyjeżdża mistrz”. Chce wiedzieć po co. Co zobaczy? Czego się nauczy? Dlaczego właśnie tutaj ma wydać pieniądze i poświęcić weekend? Co dostanie, czego nie znajdzie godzinę później w internecie?
Jeszcze kilka lat temu największym problemem uczestnika było dostać się na listę. Dzisiaj coraz częściej największym problemem organizatora może być przekonać uczestnika, że właśnie na tę listę warto się wpisać.
I może właśnie to jest prawdziwa zmiana, którą obserwujemy. Nie śmierć akwareli, lecz koniec jej okresu dziecięcej gorączki. Rynek, który kiedyś był głodny wszystkiego, zaczął wybierać. Publiczność, która kiedyś chciała zobaczyć każdego mistrza, nauczyła się rozpoznawać własne potrzeby. Ludzie nadal malują, nadal oglądają, nadal czytają i nadal przyjeżdżają na wydarzenia - tylko niekoniecznie robią już wszystko naraz.
Dlatego kiedy następnym razem zobaczę wolne krzesło na demonstracji, chyba nie pomyślę od razu, że oto umiera polska akwarela. Bardziej zainteresuje mnie pytanie, gdzie w tym czasie jest człowiek, który jeszcze dwa lata temu na tym krześle siedział.
Może maluje w domu. Może ogląda kogoś na YouTubie. Może poszedł na warsztat do mniej znanej osoby, bo właśnie jej sposób pracy bardziej go interesuje. Może rozmawia na korytarzu z ludźmi, których widzi raz w roku. Może wybrał jeden wyjazd zamiast pięciu. A może zwyczajnie uznał, że tym razem woli zostać z rodziną i kupić za te pieniądze porządny arkusz papieru.
Puste krzesło jest więc bardzo kuszącym symbolem, ale jeszcze nie dowodem końca. Czasami oznacza tylko, że świat wokół niego się zmienił.
I jeśli rzeczywiście coś się kończy, to być może nie moda na akwarelę, lecz epoka, w której kilka nazwisk mogło bez większego wysiłku zagwarantować pełną salę.
Dziś trzeba konkurować nie tylko umiejętnością malowania, ale też jakością nauczania, pomysłem, ceną, dostępnością, internetem i tysiącem innych rzeczy, które walczą o ten sam wolny weekend.
Trzeba konkurować uczciwym podejściem do kursanta, wysokim poziomem materiału, możliwoscią bliższej socjalizacji z “mistrzami” – nie zaś zamykaniem się w elitarnej bańce i oczekiwaniem, że na ogłoszenie “Warsztaty u Mistrza” nagle pojawi się komplet ludzi – a drugi ustawi w kolejce rezerwowych.
Świadomość ludzka jest coraz większa – i czasy dawnych mitów i bogów już minęły.
Na rynek wchodzą pokolenia, które oczekują jakości i równości, a także działania na ich zasadach. Już nie da się opędzić warsztatu marnym stołem albo wydarzenia jednym nazwiskiem. Rosną ceny wydarzeń- ale jednocześnie rosną też wymagania płacących odbiorców.
Akwarela została. Zmienił się tylko człowiek po drugiej stronie stołu. I mam wrażenie, że to właśnie jego warto teraz obserwować najuważniej.
************
TEGO TEKSTU NIE UDAŁO BY CI SIĘ PRZECZYTAĆ NA FB ANI INSTAGRAMIE. WYMAGAŁ MIEJSCA BEZ LIMITOW ZNAKÓW KTÓRE MOŻE ZAPEWNIĆ TYLKO NIEZALEŻNA STRONA.
LUBISZ CZYTAĆ BEZ KONIECZNOŚCI DOCZYTANIA W KOMENTARZACH? MIEĆ WSZYSTKO W JEDNYM MIEJSCU ? DO TEGO POTRZEBNY JEST SERWER, KTÓREGO ABONAMENT ZA CHWILE SIĘ KOŃCZY.
WESPRZYJ SFINANSOWANIE KOLEJNEGO ROKU SERWERA I DOMENY DLA INŻYNIERII AKWARELOWEJ. DZIĘKI TWOJEJ WPŁACIE MOGĘ BYC NIEZALEZNA OD ORGANIZACJI I SPONSORÓW. KLIKNIJ W BANER POWYŻEJ I WRZUĆ GROSZ NA ZBIÓRKĘ CELOWĄ <3



