O dyplomacji, niewidzialnych granicach i własnym krześle w środowisku artystycznym
Na wydarzeniach akwarelowych stoliki bywają znacznie ważniejsze, niż mogłoby się wydawać.
Przy jednym pije się kawę. Przy drugim omawia wczorajsze demo. Przy trzecim siedzą ludzie, którzy znają się od piętnastu lat i pamiętają jeszcze czasy, kiedy połowy obecnych marek farb nie było na polskim rynku. Przy czwartym ktoś właśnie dowiaduje się, kto z kim już nie rozmawia, choć jeszcze rok wcześniej wspólnie organizowali wystawę, a przy piątym trwa dyskusja o tym, czy pewna osoba na pewno powinna była pójść na warsztat do kogoś, kto - jak wiadomo - jest po tej drugiej stronie.
Człowiek przyjeżdża przecież malować. Zabiera papier, pędzle, farby i jakąś naiwną nadzieję, że największym problemem dnia będzie to, czy ultramaryna zdąży wyschnąć przed kolejną warstwą. A potem odkrywa, że znalazł się trochę na przyjęciu dyplomatycznym.
Środowisko artystyczne ma bowiem swoją politykę zagraniczną. Są sojusze, dawne konflikty, chwilowe zawieszenia broni, strefy wpływów, ambasadorowie dobrej woli, nieformalne attaché kulturalne i zaskakująco częste rotacje personalne. Ktoś, kto jeszcze niedawno był częścią jednego środowiskowego „my”, za jakiś czas może znaleźć się po zupełnie innej stronie sali. Czasem zmienia się organizacja, czasem współpraca, czasem skład zarządu, czasem wspólny projekt się kończy, a czasem ludzie po prostu przestają pić razem kawę.
I wszystko byłoby zupełnie normalne, gdyby stolik pozostawał tylko stolikiem.
Ludzie mają prawo się lubić. Mają prawo się nie lubić. Mają przyjaciół, bliższych znajomych i osoby, z którymi niekoniecznie chcą spędzić wieczór. Firmy konkurują ze sobą. Organizacje mają własne cele. Artyści rywalizują o uwagę odbiorców, miejsca na wystawach, zaproszenia, warsztaty i sprzedaż. To nie jest patologia, tylko zwyczajna część życia społecznego. W każdej branży tworzą się relacje, zależności i grupy. Problem zaczyna się dopiero wtedy, kiedy relacja towarzyska powoli zamienia się w system przynależności.
Bo pewnego dnia pytanie nie brzmi już: „czy znasz tych ludzi?”, tylko: „po której jesteś stronie?”.
I tu zaczyna się dyplomacja.
Można przecież rozmawiać z premierami dwóch skłóconych państw, nie zostając ambasadorem żadnego z nich. Można usiąść przy jednym stoliku, a godzinę później przy drugim. Można pójść na warsztat jednej osoby, a pół roku później uczyć się od kogoś, kto za nią nie przepada. Można korzystać z farb jednej firmy, pędzli drugiej i papieru trzeciej, nie składając tym samym deklaracji ideologicznej. Można uznać, że ktoś świetnie maluje, i jednocześnie nie zgadzać się z jego opinią na temat organizacji wydarzeń. Można lubić człowieka, ale nie lubić jego produktu. Można też nie lubić człowieka i uczciwie przyznać, że jego produkt jest świetny.
Przynajmniej teoretycznie.
W praktyce czasem zadziwiająco łatwo „podpaść”. Niekiedy wystarczy napisać tekst, w którym ktoś rozpozna siebie albo swój sposób działania, mimo że nie pada żadne nazwisko. Czasem jawna krytyka zjawiska zostaje potraktowana jak osobisty atak. Innym razem problemem okazuje się współpraca z niewłaściwą osobą, udział w nieodpowiednim wydarzeniu albo po prostu zbyt serdeczna rozmowa z kimś, z kim akurat rozmawiać serdecznie nie wypada. A niekiedy wystarczy niewłaściwy warsztat, niewłaściwa marka farb czy pędzel z nie tego katalogu, by człowiek przypadkiem wszedł na teren, o którego istnieniu nawet nie wiedział.
Najzabawniejsze jest jednak to, że część konfliktów bywa jednostronna.
Można dowiedzieć się po czasie, że ktoś ma do nas pretensję. Nie bardzo wiadomo od kiedy. Nie bardzo wiadomo za co. Być może wydarzyło się coś, co dla jednej osoby było zwykłą rozmową, a dla drugiej zostało zapisane w pamięci jako incydent graniczny wymagający odpowiedzi dyplomatycznej. Jedna strona prowadzi już pełnoskalową politykę sankcji, podczas gdy druga spokojnie pije herbatę i nie wie nawet, że stosunki bilateralne zostały zerwane.
Wtedy pojawia się szczególna odmiana środowiskowej „persona non grata”.
Nikt nikogo nie wyprasza. Nikt nie mówi niczego, co można byłoby jednoznacznie uznać za niestosowne. Przeciwnie - wszystko odbywa się z niemal wzorową poprawnością. Można człowieka po prostu nie zauważać. Nie podejmować rozmowy. Odpowiadać tylko wtedy, kiedy wymaga tego sytuacja. Pomijać przy drobnych interakcjach. Nie zapraszać do wspólnego zdjęcia. Nie uwzględnić w rozmowie, mimo że stoi pół metra obok. Formalnie wszystko jest w porządku, a jednocześnie komunikat jest zupełnie czytelny: wiemy, że tu jesteś.
To jest właśnie jedna z tych sytuacji, w których środowisko artystyczne naprawdę zaczyna przypominać dyplomację. Najbardziej wymowne bywają rzeczy, których nikt oficjalnie nie powiedział.
Dopóki chodzi o kawę, stolik i urażone ego, można się z tego nawet śmiać. Gorzej, kiedy polityczne gierki są ciągnięte w sytuacji, w której powinny natychmiast zejść na dalszy plan. Kiedy pojawia się realny problem, zagrożenie zdrowia, potrzeba pomocy czy zwyczajnie sytuacja wymagająca ludzkiej reakcji, protokół towarzyski powinien przestać istnieć. Wtedy naprawdę nie ma znaczenia, kto komu nie podał ręki pół roku temu, kto z kim organizuje wystawę i przy którym stoliku siedział podczas poprzedniej przerwy.
Przynajmniej powinno nie mieć.
I być może właśnie dlatego środowiskowe stoliki są znacznie ciekawsze niż zwykłe konflikty między dwiema osobami. Bo przy stoliku rzadko siedzi jedna osoba.
Zwykle jest ktoś, kto nadaje ton. Ktoś bardziej wpływowy, głośniejszy, lepiej osadzony albo po prostu charyzmatyczny. Wokół niego są osoby bardzo mocno związane z nim towarzysko czy zawodowo oraz ci, którzy może nawet nie popierają wszystkiego, co robi lider, ale też nie zamierzają się sprzeciwiać. Nie zawsze ze strachu. Czasem z wygody. Czasem dlatego, że zależy im na relacji. Czasem dlatego, że nie chcą problemów. Czasem dlatego, że w małym środowisku naprawdę łatwo pomyśleć: „po co mi to?”.
Nie trzeba aktywnie uczestniczyć w nieprzyjemnym zachowaniu, żeby stać się elementem mechanizmu. Czasem wystarczy nie przeszkadzać.
W dyplomacji milczenie też bywa komunikatem. W małych środowiskach - również.
Taki stolik potrafi działać jak małe państwo. Ma swoje granice, swoją pamięć historyczną, swoich bohaterów, osoby podejrzane, konflikty odziedziczone po poprzednich kadencjach i własną wersję wydarzeń. Nowa osoba często wchodzi w to kompletnie nieświadomie. Nie zna lokalnego protokołu, nie wie, kto z kim pozostaje w sporze, kogo nie należy chwalić zbyt entuzjastycznie i dlaczego pewnego nazwiska lepiej nie wypowiadać podczas obiadu. Dowiaduje się dopiero wtedy, kiedy nadepnie na minę.
A miną może być naprawdę wszystko.
Niewłaściwa opinia. Niewłaściwy nauczyciel. Niewłaściwe wydarzenie. Współpraca z konkurencyjną firmą. Publiczne pochwalenie kogoś spoza własnego kręgu. Krytyczny tekst. Zbyt szczera recenzja warsztatu. Czasem nawet zwyczajna odmowa wejścia w czyjś konflikt.
Bo odmowa opowiedzenia się po stronie bywa przez strony konfliktu odbierana jak opowiedzenie się po stronie przeciwnika.
No dobrze. Ale co ma zrobić ktoś, kto dopiero dostał nominację na środowiskowe attaché i wchodzi na salę z plakietką, kubkiem kawy i zerową znajomością lokalnej mapy wpływów? Jak nie dać się pożreć, zanim człowiek zdąży dowiedzieć się, gdzie jest szatnia?
Pierwsza zasada jest chyba dokładnie taka sama jak w dyplomacji: przez chwilę więcej słuchać niż deklarować. Nie dlatego, że trzeba być podejrzliwym wobec każdego, tylko dlatego, że nowa osoba dostaje zwykle cudze historie bez przypisów. Ktoś bardzo szybko wyjaśni, kto jest świetny, kto trudny, z kim „lepiej uważać”, kto kogo skrzywdził i dlaczego pewnej sprawy absolutnie nie wolno widzieć inaczej. Tyle że są to nadal relacje jednej strony. Można ich wysłuchać, ale nie trzeba od razu podpisywać traktatu obronnego.
Świeże attaché ma zresztą luksus, którego później czasem brakuje starym ambasadorom: może powiedzieć „nie znam tej historii, więc nie mam zdania”. To zdanie jest znacznie bardziej użyteczne, niż wygląda. Nie oznacza obojętności. Oznacza tylko odmowę dziedziczenia konfliktu, którego nie było się świadkiem. Cudze urazy nie stają się naszym obowiązkiem wyłącznie dlatego, że usłyszeliśmy je przy kawie.
Warto też wcześnie nauczyć się rozdzielać człowieka, jego pracę i jego konflikty. Można lubić czyjeś obrazy, a nie znać autora. Można cenić autora, a nie lubić jego sposobu prowadzenia warsztatów. Można współpracować z firmą, której konkurencja siedzi trzy stoliki dalej, i nadal oceniać pigment po właściwościach, a nie po układzie sojuszy. Im szybciej człowiek zbuduje sobie taki wewnętrzny protokół, tym trudniej wciągnąć go w cudzą politykę zagraniczną.
Przydaje się również jedna bardzo prosta reguła: nie składać deklaracji lojalności pod presją chwili. Jeśli ktoś próbuje sprawdzić, „czy jesteś z nami”, można odpowiedzieć dokładnie tyle, ile naprawdę się wie i myśli. Bez dopisywania sobie poglądów tylko po to, żeby zasłużyć na krzesło.
Stolik, przy którym trzeba najpierw podpisać ideologiczną deklarację wjazdową, prawdopodobnie i tak nie będzie szczególnie wygodnym miejscem na dłużej.
Tylko pozostaje drugi problem: zanim zaczniemy bronić niezależności, trzeba się przecież gdzieś w ogóle dosiąść. I to dla osoby nowej bywa trudniejsze niż cała późniejsza geopolityka. Na sali wszyscy wyglądają, jakby znali się od zawsze. Rozmawiają w pół zdania, przywołują wydarzenia sprzed pięciu lat, śmieją się z żartu, którego puenta wydarzyła się na plenerze w 2021 roku. Łatwo wtedy uznać, że wszystkie stoliki są już pełne, nawet jeśli stoją przy nich wolne krzesła.
Na szczęście większość wejść do środowiska nie wymaga listu uwierzytelniającego. Czasem wystarczy najprostsze na świecie: „mogę się dosiąść?”. A potem nie trzeba od razu imponować dorobkiem, wymieniać wystaw ani ustalać hierarchii. Znacznie lepszym paszportem okazuje się zwykła ciekawość. Jaki papier? Skąd ten efekt? Byłaś na tym demo? Jak ci się maluje tym pędzlem? Akwareliści, nawet ci należący do zupełnie różnych obozów, mają tę jedną wygodną cechę: zawsze można zacząć od rozmowy o wodzie, papierze i pigmentach.
Nie każdy stolik odpowie równie serdecznie. Czasem rozmowa się nie klei. Czasem grupa jest rzeczywiście zamknięta, czasem po prostu ludzie są zmęczeni, zajęci albo dawno się nie widzieli. Nie każdą chłodniejszą reakcję trzeba od razu interpretować jako komunikat z ministerstwa spraw zagranicznych. Dla nowej osoby to też ważna ochrona przed wpadnięciem w drugą skrajność, w której każdy brak entuzjazmu zaczyna wyglądać jak spisek.
Warto więc próbować dalej. Usiąść przy jednym stoliku, później przy drugim. Rozmawiać z organizatorami, artystami, uczestnikami, ludźmi znanymi i zupełnie anonimowymi. Nie szukać od razu „najważniejszego” stołu, bo czasem najciekawsza rozmowa odbywa się właśnie przy tym, który z punktu widzenia środowiskowej hierarchii nie ma żadnego znaczenia. To zresztą dobry test: jeśli relacja jest ciekawa tylko wtedy, kiedy rozmówca może coś załatwić, być może nie jest to relacja, tylko negocjacje.
I może najważniejsze: pierwszy stolik, który nas przyjmie, nie musi zostać naszym państwem na zawsze. Wdzięczność za życzliwość nie jest zobowiązaniem do przejęcia całej polityki zagranicznej gospodarzy. Można pamiętać, kto podał pierwsze krzesło, a jednocześnie zachować prawo do własnych znajomości, własnych ocen i własnych ruchów po sali. To właśnie na początku najłatwiej pomylić serdeczne przyjęcie z deklaracją przynależności.
Dobry attaché nie zaczyna więc od pytania: „do kogo mam należeć?”. Raczej uczy się mapy, poznaje ludzi, sprawdza fakty, słucha więcej niż jednej wersji wydarzeń i pilnuje, by cudze wojny nie stały się automatycznie jego wojnami. A jednocześnie nie stoi przez cały wieczór pod ścianą z obawy, że każde podanie ręki zostanie źle odczytane. Dyplomacja ma przecież służyć rozmowie, nie paraliżowi.
I kiedy już uda się usiąść, wracamy do samej natury stolików.
Samo istnienie grup nie jest problemem. Networking jest normalny. Sympatie są normalne. Wzajemna pomoc jest normalna.
Rekomendowanie ludzi, których znamy i którym ufamy, też jest normalne. Nie oczekuję świata, w którym wszyscy udają, że nie mają relacji, bo byłby równie sztuczny jak świat, w którym każdy konkurs wygrywa osoba wyłoniona przez generator liczb losowych.
Problem zaczyna się wtedy, kiedy prywatne relacje przenikają do miejsc, które przynajmniej w teorii powinny działać według przejrzystych zasad.
Kiedy przynależność do odpowiedniego kręgu zaczyna ułatwiać dostęp do informacji, zaproszeń, wystaw, organizacji, jury, rekomendacji czy promocji. Kiedy konkurs zaczyna przypominać konkurs popularności. Kiedy decyzje formalne są trudne do oddzielenia od nieformalnych sympatii. Kiedy ktoś z zewnątrz może wejść na wydarzenie, kupić bilet, usiąść na sali, ale mimo wszystko ma wyraźne poczucie, że do środowiska wejść już znacznie trudniej.
I znów: nie każda decyzja jury, każde zaproszenie czy każde nieprzyjęcie do organizacji wynika z układów. Takie stwierdzenie byłoby zwyczajnie nieuczciwe. Ale równie naiwne byłoby przekonanie, że relacje nie mają znaczenia tylko dlatego, że nikt nie wpisał ich do regulaminu.
Świat społeczny rzadko działa wyłącznie regulaminem.
Najciekawsza - i dla mnie najbardziej niepokojąca - konsekwencja pojawia się jednak trochę wcześniej. Zanim stoliki zaczną wpływać na zaproszenia czy konkursy, mogą zacząć wpływać na to, co ludzie mówią.
Może lepiej nie pisać tego tekstu.
Może lepiej nie powiedzieć publicznie, że warsztat był słaby.
Może lepiej nie wspominać, że inny organizator zrobił coś lepiej.
Może lepiej nie iść na warsztat do tej osoby.
Może lepiej nie pokazywać tych farb.
Może lepiej nie siedzieć za długo przy tamtym stoliku, bo ktoś jeszcze pomyśli, że…
I w tym momencie robi się trochę groteskowo.
Przecież mówimy o środowisku ludzi zajmujących się akwarelą. O papierze, wodzie i pigmentach. O tym, czy pędzel lepiej trzyma wodę i czy dany papier wytrzyma kolejne zalanie. A jednak czasem można odnieść wrażenie, że niewłaściwie dobrany zestaw farb wymaga niemal noty dyplomatycznej, a udział w warsztacie u konkurencyjnego artysty - konsultacji z ministerstwem spraw zagranicznych.
I to jest moment, w którym stolik zaczyna kosztować.
Nie pieniędzmi. Swobodą.
Jeśli przynależność do grupy oznacza, że trzeba odziedziczyć jej konflikty, niechęci, zakazy i listę osób objętych sankcjami, cena robi się wysoka. Szczególnie dla kogoś, kto chciałby zwyczajnie rozmawiać z ludźmi, uczyć się od różnych osób, oceniać wydarzenia po jakości, a materiały po właściwościach, nie po tym, czy producent pozostaje akurat w dobrych stosunkach z kimś znajomym.
Najciekawsza jest więc inna możliwość.
Nie wybierać jednego stolika.
A właściwie: wybierać ich wiele.
Usiąść na chwilę przy jednym. Porozmawiać. Pójść do drugiego. Napić się kawy z kimś, kto ma zupełnie inne poglądy. Uczyć się od ludzi, którzy sami za sobą nie przepadają. Zgodzić się z kimś w jednej sprawie, a następnego dnia publicznie się z nim nie zgodzić w innej. Nie przejmować cudzych konfliktów tylko dlatego, że zna się jedną ze stron. Nie pozwalać, by czyjeś „my” automatycznie oznaczało „oni”.
To trochę niewygodna pozycja.
Człowiek, który nie należy do żadnego stolika, nie ma też ochrony żadnego stolika. Kiedy pojawia się konflikt, nie stoi za nim grupa gotowa automatycznie powiedzieć: „to nasza osoba”. Nie ma obowiązkowej solidarności plemiennej ani pewności, że ktoś zadzwoni do kogo trzeba. Nie może liczyć na to, że jego wersja wydarzeń zostanie przyjęta tylko dlatego, że ma właściwą przepustkę.
Za to ma coś innego.
Swobodę ruchu.
Może chodzić po całej sali.
W środowisku dyplomatycznym taka osoba byłaby zapewne kimś irytującym. Rozmawia z jednymi i drugimi, nie przyjmuje cudzych deklaracji za własne, odmawia uczestnictwa w wojnach, których nie uważa za swoje, a do tego potrafi powiedzieć coś niewygodnego również tym, których prywatnie lubi. Trudno ją jednoznacznie przypisać. Nie wiadomo, do którego obozu wrzucić ją w tabelce.
I może właśnie o to chodzi.
Bo czasem największą niezależność ma nie ten, kto dostał miejsce przy najważniejszym stoliku, tylko ten, kto potrafi przy nim usiąść, porozmawiać, wstać i godzinę później napić się kawy z jego przeciwnikami - bez poczucia, że właśnie dokonał zdrady stanu.
A jeszcze lepiej mieć własny stolik.
Nie jako twierdzę. Nie jako nową klikę. Nie po to, żeby stworzyć kolejny klub z listą osób dopuszczonych i niedopuszczonych. Własny stolik może być po prostu miejscem, do którego wraca się wtedy, kiedy atmosfera przy innych robi się zbyt duszna.
Można zaprosić do niego ludzi z różnych stron sali. Takich, którzy się wzajemnie uwielbiają, i takich, którzy najchętniej komunikowaliby się ze sobą wyłącznie przez przedstawicieli placówek dyplomatycznych. Można dyskutować, można się nie zgadzać, można nawet pokłócić się o papier, pigmenty czy sens kolejnego konkursu. Jedna zasada pozostaje jednak ważniejsza od całej reszty: nikt nie może powiedzieć, kogo wolno przy nim posadzić.
I chyba właśnie na tym polega niezależność w środowisku artystycznym.
Nie na tym, żeby nie siadać przy żadnym stoliku. Nie na tym, żeby gardzić relacjami, organizacjami czy wspólnotą. I nie na tym, żeby z każdej sympatii robić podejrzany układ.
Na tym, żeby żaden stolik nie rościł sobie prawa do decydowania, przy którym usiądziemy następnym razem.
A kiedy ktoś zapyta: „właściwie to przy którym stoliku siedzisz?”, odpowiedź może być bardzo prosta.
Przy różnych.
A na koniec i tak wracam do swojego.
Bo z własnego stolika nikt mnie nie przegoni.
*****
WESPRZYJ SFINANSOWANIE KOLEJNEGO ROKU SERWERA I DOMENY DLA INŻYNIERII AKWARELOWEJ. DZIĘKI TWOJEJ WPŁACIE MOGĘ BYC NIEZALEZNA OD ORGANIZACJI I SPONSORÓW. KLIKNIJ W BANER POWYŻEJ I WRZUĆ GROSZ NA ZBIÓRKĘ CELOWĄ <3
