Limitowane farby – nieograniczone pokusy

Inżynieria akwarelowa- miejsce, gdzie znajdziesz wszystkie odpowiedzi na nurtujące cię pytania

back to overview
Limitowane farby – nieograniczone pokusy

Nie pamiętam już, w którym dokładnie momencie podjęłam decyzję o kupnie komody na farby. 

Pamiętam natomiast doskonale, dlaczego w ogóle zaczęłam o niej myśleć. Moja kolekcja materiałów malarskich od dawna przestała mieścić się w pudełkach, organizerach i szufladach, w których przez 3 lata wydawało mi się, że panuje całkiem niezły porządek. Z czasem kolejne kostki zaczęły pojawiać się dosłownie wszędzie. Część leżała przy biurku, część w pudełkach po innych farbach, kilka zestawów trafiło do szafy, a pojedyncze kolory potrafiły niespodziewanie wypłynąć przy okazji poszukiwania zupełnie innej rzeczy. Doszłam więc do wniosku, że najwyższa pora raz na zawsze uporządkować ten niewielki, twórczy chaos.

Kupując komodę, byłam przekonana, że rozwiązuję problem na długie lata. W mojej głowie wszystko wyglądało bardzo logicznie. Farby zajmą może dwie szuflady, najwyżej trzy, a reszta pozostanie wolna i będzie czekała na przyszłość. Przecież nie kupuję aż tylu materiałów. Przecież większość z nich doskonale znam. Przecież od dawna powtarzam, że w akwareli nie ilość farb decyduje o jakości obrazu.

Rzeczywistość bardzo szybko zweryfikowała ten plan.
Kiedy kilka godzin później skończyłam przekładać kolejne kostki, tubki i zestawy do nowego mebla, okazało się, że wszystkie szuflady są wypełnione po brzegi, a na blacie biurka nadal leży całkiem pokaźna grupa materiałów, dla których zwyczajnie zabrakło miejsca. Nie był to może moment spektakularnego życiowego olśnienia, ale pamiętam, że usiadłam wtedy na krześle i przez dłuższą chwilę po prostu patrzyłam na tę stertę kolorów, próbując przypomnieć sobie, kiedy właściwie moja kolekcja zdążyła tak niepostrzeżenie urosnąć.
Co ciekawe, pierwszą myślą wcale nie było pytanie o pieniądze. Nie zastanawiałam się, ile to wszystko kosztowało ani czy mogłam te środki wydać rozsądniej. Znacznie bardziej niepokoiło mnie coś zupełnie innego. Uświadomiłam sobie, że patrzę na dziesiątki farb, których nazw często nawet nie pamiętam, a część z nich widziałam ostatni raz... w dniu, w którym wykonywałam próbnik.

Pomyślałam wtedy, że zamiast dalej zgadywać, warto po prostu policzyć swoją kolekcję.

Wynik okazał się znacznie wyższy, niż przypuszczałam.
Około dwustu siedemdziesięciu kolorów.

Sama liczba nie mówi jeszcze zbyt wiele. W końcu są osoby posiadające znacznie większe kolekcje, podobnie jak są takie, które przez całe życie malują dwunastoma kostkami i tworzą zachwycające obrazy. Problem nie polegał więc na tym, że miałam dużo farb. Problem polegał na tym, że po raz pierwszy naprawdę zadałam sobie pytanie, czy ogromna część z nich kiedykolwiek była mi do czegokolwiek potrzebna.

Odpowiedź nie przyszła od razu. Potrzebowałam kilku dni, aby uczciwie przyjrzeć się własnym nawykom zakupowym i zrozumieć, że nie znalazłam się w tym miejscu dlatego, że pewnego dnia postanowiłam zgromadzić setki kolorów. Stało się to znacznie bardziej podstępnie. Jedna nowość zastępowała kolejną, limitowane edycje pojawiały się regularnie, producenci prezentowali coraz ciekawsze mieszanki, a internet błyskawicznie zapełniał się zdjęciami spektakularnych próbników, które skutecznie podsycały wyobraźnię.
Co ważne, nie piszę tego z pozycji osoby, która chce kogokolwiek pouczać. Wręcz przeciwnie – sama przez długi czas z ogromną ciekawością śledziłam premiery nowych kolorów i niejednokrotnie dawałam się ponieść przekonaniu, że być może właśnie ta jedna kostka otworzy przede mną zupełnie nowe możliwości malarskie. Dzisiaj wiem, że znacznie częściej kupowałam nie konkretny pigment, ale obietnicę, że tym razem wydarzy się coś wyjątkowego.
I chyba właśnie od tego momentu zaczęła dojrzewać we mnie myśl, która ostatecznie doprowadziła do napisania tego tekstu.


np4

Skąd ten nadmiar?

Przez długi czas byłam przekonana, że to, co wydarzyło się w mojej pracowni, jest konsekwencją wykonywania dość specyficznej pracy. Prowadząc portal poświęcony akwareli trudno przecież nie interesować się nowościami. Zawodowa ciekawość sprawia, że chcę wiedzieć, jak zachowuje się nowy pigment, czym różni się od konkurencji, czy producent rzeczywiście wniósł na rynek coś nowego, czy jedynie zaproponował kolejną wariację dobrze znanej mieszanki. Do tego dochodzą testy, warsztaty, porównania i artykuły. W pewnym sensie gromadzenie materiałów stało się częścią mojej pracy, dlatego przez bardzo długi czas nie widziałam w tym niczego niezwykłego.

Dopiero kiedy zaczęłam uczciwie analizować własne nawyki, zrozumiałam, że to tylko część prawdy. Owszem, wiele farb trafiło do mnie dlatego, że chciałam je porównać lub opisać. Sporo materiałów otrzymałam od producentów do testów, inne przekazali mi prywatni kolekcjonerzy, jeszcze inne kupowałam specjalnie z myślą o warsztatach czy zajęciach prowadzonych na uczelni. To wszystko jest prawdą i nie zamierzam udawać, że było inaczej.

Jest jednak również druga strona tej historii.

Obok farb, które miały bardzo konkretne uzasadnienie, zaczęły pojawiać się również takie, które kupowałam wyłącznie dlatego, że były nowe. Pięknie wyglądały na próbniku, efektownie granulowały albo właśnie stały się tematem licznych dyskusji w mediach społecznościowych. Każdy z tych zakupów wydawał się rozsądny, bo przecież pojedyncza kostka nie kosztowała majątku. Problem polegał na tym, że takich „rozsądnych” decyzji z roku na rok przybywało, aż w pewnym momencie przestałam dostrzegać ich łączny ciężar.


Słowo o producentach i ich roli

Chciałabym jednak, żeby w tym miejscu wybrzmiała jedna bardzo ważna rzecz, ponieważ łatwo byłoby odczytać ten tekst jako krytykę producentów materiałów malarskich. Nic bardziej mylnego. Mam do nich ogromny szacunek i zwyczajnie ich lubię. Od lat obserwuję, ile pracy wkładają w rozwój swoich marek, jak wiele wysiłku kosztuje ich poszukiwanie nowych rozwiązań i jak niewielki jest rynek, na którym funkcjonują. 

Wbrew pozorom nie jest łatwo co kilka miesięcy zaproponować akwarelistom coś nowego. Liczba dostępnych pigmentów nie rośnie w nieskończoność, dlatego z biegiem czasu naturalnym kierunkiem stają się nowe mieszanki, ciekawe efekty granulacji, limitowane edycje czy kolory stworzone z myślą o bardzo konkretnych zastosowaniach.

I szczerze mówiąc... bardzo się z tego cieszę.
To oznacza, że rynek akwareli rozwija się na tyle dobrze, iż producenci mogą pozwolić sobie na eksperymentowanie i odpowiadanie na potrzeby nawet bardzo niewielkich grup odbiorców. Jeszcze kilkanaście lat temu wybór materiałów był znacznie skromniejszy i wielu z nas marzyło o takiej różnorodności, jaką mamy dzisiaj.

Problem nigdy nie leżał więc po stronie producentów.
Problem pojawia się dopiero w chwili, w której my – jako odbiorcy – zaczynamy utożsamiać pojawienie się nowego produktu z koniecznością jego posiadania.

To dwie zupełnie różne rzeczy.

Fakt, że producent stworzył interesującą farbę, nie oznacza jeszcze, że jest to farba potrzebna właśnie mnie. Co więcej, nie oznacza nawet, że jest to farba przeznaczona do sposobu malowania, który najbardziej lubię. Być może znakomicie sprawdzi się u ilustratora, który buduje baśniowe światy pełne fantastycznych stworzeń i niezwykłych roślin. Być może stanie się ulubionym kolorem osoby malującej kwiaty lub abstrakcję. To, że ja nie potrafię znaleźć dla niej zastosowania, nie odbiera jej wartości.


Skąd zatem to pragnienie i co ma do tego FOMO?

Jednocześnie coraz częściej odnoszę wrażenie, że jako malarze zbyt rzadko zadajemy sobie pytanie, czy kupujemy narzędzie do realizacji własnych pomysłów, czy raczej przedmiot, który po prostu bardzo efektownie wygląda na próbniku.

Dwa dni temu sama złapałam się na takim sposobie myślenia. Patrzyłam na jedną z nowych limitowanych farb i przez dłuższą chwilę próbowałam wymyślić obraz, na którym mogłabym jej użyć. Pióra, szale... dalej było już ciężko. Kolejne pomysły wcale nie pojawiały się w głowie, zaś żaden z istniejących nie wynikał z rzeczywistej potrzeby. Wręcz przeciwnie – miałam wrażenie, że próbuję dopasować obraz do farby, podczas gdy przez wszystkie poprzednie lata robiłam dokładnie odwrotnie. Najpierw rodził się pomysł, a dopiero później wybierałam materiały, które najlepiej pomogą mi go zrealizować.

To był bardzo niepozorny moment, ale właśnie wtedy zrozumiałam, że ten tekst wcale nie będzie opowieścią o konkretnej farbie. Będzie próbą odpowiedzi na znacznie ciekawsze pytanie. Dlaczego tak łatwo ulegamy przekonaniu, że skoro coś jest nowe, efektowne i wszyscy o tym mówią, to również my powinniśmy to mieć, nawet jeśli w głębi duszy nie bardzo wiemy, do czego miałoby nam się przydać.
Zaczęłam się wtedy zastanawiać, dlaczego właściwie tak się dzieje. Dlaczego osoby, które na co dzień potrafią podejmować bardzo racjonalne decyzje, nagle zaczynają zachowywać się zupełnie inaczej, gdy na rynku pojawia się nowa farba, nowy pędzel albo kolejna limitowana seria. 

Co takiego dzieje się w naszej głowie, że jeszcze zanim zdążymy odpowiedzieć sobie na pytanie, czy dany materiał rzeczywiście będzie nam potrzebny, już szukamy sklepu, w którym można go zamówić?

Im dłużej o tym czytałam i im uważniej przyglądałam się własnym decyzjom zakupowym, tym częściej dochodziłam do wniosku, że akwareliści wcale nie różnią się pod tym względem od miłośników fotografii, rowerów, zegarków czy sprzętu elektronicznego. Mechanizm jest dokładnie ten sam. Zmieniają się jedynie przedmioty, które budzą nasze zainteresowanie.

Psychologia od dawna opisuje zjawisko określane skrótem FOMO (Fear of Missing Out), czyli lęku przed tym, że coś nas ominie. Najczęściej mówi się o nim w kontekście mediów społecznościowych, wydarzeń czy życia towarzyskiego, ale tak naprawdę doskonale odnajduje się również w świecie zakupów. Kiedy widzimy nowy produkt, zwłaszcza opatrzony hasłami „limitowana edycja”, „tylko przez krótki czas” albo „ostatnia partia”, w naszej głowie uruchamia się bardzo prosty mechanizm. Zaczynamy obawiać się nie tyle samego braku przedmiotu, ile utraty możliwości jego posiadania.

To subtelna, ale niezwykle istotna różnica.

Nie kupujemy dlatego, że czegoś potrzebujemy.
Kupujemy dlatego, że boimy się, iż później nie będziemy mogli tego kupić.

To właśnie dlatego limitowane edycje działają tak skutecznie. Nie dlatego, że są gorsze czy lepsze od standardowej oferty. Działają, ponieważ odwołują się do bardzo ludzkiej emocji. Wszyscy lubimy mieć poczucie, że uczestniczymy w czymś wyjątkowym, że nie przegapiliśmy okazji, że jesteśmy częścią wydarzenia, o którym właśnie mówi cała społeczność.

Nie ma w tym nic wstydliwego.

Szczerze mówiąc, byłabym hipokrytką, gdybym twierdziła, że sama nigdy tego nie doświadczyłam. Pamiętam premiery, na które czekałam z autentyczną ciekawością. Pamiętam wieczory spędzone na oglądaniu pierwszych próbek publikowanych przez zagranicznych akwarelistów. Pamiętam momenty, kiedy myślałam: „Jeżeli nie kupię tej farby teraz, później mogę już nie mieć takiej szansy”.

Dzisiaj wiem, że bardzo często nie szukałam wtedy narzędzia.
Szukałam emocji.
To odkrycie nie było szczególnie przyjemne, ale okazało się niezwykle uwalniające. 

Kiedy zrozumiałam, że największą wartością nowego zakupu nie zawsze jest sam przedmiot, lecz ekscytacja, która mu towarzyszy, wiele wcześniejszych decyzji nagle zaczęło układać się w logiczną całość. Przestałam zadawać sobie pytanie, dlaczego kupiłam kolejną kostkę bardzo podobną do kilku innych. Zaczęłam natomiast zastanawiać się, czego tak naprawdę szukałam w chwili, gdy kliknęłam przycisk „dodaj do koszyka”.

Co ciekawe, odpowiedź bardzo rzadko brzmiała: „potrzebowałam tego koloru”.

Znacznie częściej było to zwyczajne przekonanie, że skoro nowość wzbudza tyle emocji, skoro pokazują ją niemal wszyscy, skoro zachwycają się nią doświadczeni akwareliści, to być może właśnie ona stanie się brakującym elementem mojej palety. Dzisiaj patrzę na to z dużym spokojem i wiem, że żadna pojedyncza kostka nie uczyniła mnie lepszą malarką. To nie nowe kolory rozwijały mój warsztat najbardziej, ale godziny spędzone przy papierze, kolejne nieudane próby, obserwowanie światła i cierpliwe uczenie się własnych błędów.

Być może właśnie dlatego coraz częściej dochodzę do wniosku, że największym luksusem współczesnego akwarelisty nie jest możliwość kupienia wszystkiego, co pojawia się na rynku. Znacznie większym luksusem jest umiejętność świadomego powiedzenia sobie: „To bardzo ciekawa farba, ale nie jest mi potrzebna”. 

I wbrew pozorom nie jest to rezygnacja. To jedna z najbardziej wyzwalających decyzji, jakie możemy podjąć jako twórcy.


np6

Paradoks wyboru

Nie wiem, czy kiedykolwiek zdarzyło się Wam stanąć przed własną paletą i przez dłuższą chwilę zastanawiać, którego z pięciu bardzo podobnych fioletów użyć. Mnie – owszem. Co więcej, przez długi czas wydawało mi się, że właśnie na tym polega komfort pracy. Przecież im większy wybór, tym większe możliwości. Im więcej kolorów mam pod ręką, tym łatwiej będzie znaleźć ten idealny.
Brzmi logicznie.

Problem polega na tym, że psychologia od wielu lat pokazuje coś zupełnie przeciwnego.

Jednym z najlepiej opisanych zjawisk jest tak zwany paradoks wyboru. W ogromnym skrócie mówi on o tym, że po przekroczeniu pewnej granicy większa liczba możliwości wcale nie ułatwia podejmowania decyzji. Wręcz przeciwnie – zaczyna je utrudniać. Im więcej opcji mamy przed sobą, tym więcej energii zużywamy na ich porównywanie, analizowanie i zastanawianie się, czy na pewno wybraliśmy najlepiej.

Kiedy przeczytałam o tym po raz pierwszy, pomyślałam, że brzmi to bardzo abstrakcyjnie. Dopiero później uświadomiłam sobie, że dokładnie to samo dzieje się przy moim biurku.

Zamiast zastanawiać się nad światłem, kompozycją czy nastrojem obrazu, zaczynałam analizować, czy do cienia lepiej będzie użyć jednego z czterech granulujących, może dwóch podobnych fioletów, a może jednak mieszanki, którą kupiłam kilka miesięcy wcześniej i właściwie jeszcze nie miałam okazji porządnie wypróbować.

Czy ten obraz stawał się od tego lepszy?
Szczerze?
Bardzo rzadko.
Znacznie częściej stawał się po prostu... późniejszy.
Bo zamiast malować, podejmowałam kolejne decyzje.
A każda decyzja kosztuje.
Nie tylko pieniądze.
Przede wszystkim uwagę.

I właśnie tutaj zaczęłam dostrzegać ogromną przewagę dobrze przemyślanej, niewielkiej palety. Nie dlatego, że ogranicza możliwości. Paradoksalnie dzieje się coś dokładnie odwrotnego. Kiedy naprawdę znam swoje kolory, wiem jak się mieszają, jak reagują z innymi pigmentami i w jakich sytuacjach sprawdzają się najlepiej, przestaję myśleć o farbach.
Zaczynam myśleć o obrazie.
I chyba właśnie do tego powinna służyć dobra paleta.

Nie po to, żeby imponować liczbą kostek.
Nie po to, żeby zawierać wszystkie premiery ostatnich pięciu lat.
Tylko po to, żeby możliwie szybko przestać zwracać na siebie uwagę.
Bo najlepsze narzędzia to często te, o których podczas pracy niemal zapominamy.


Faworyci

Od pewnego czasu coraz częściej łapię się na tym, że zamiast zachwycać się kolejnymi premierami, z większą uwagą przyglądam się... własnym obrazom. To one zaczęły podpowiadać mi odpowiedzi na pytania, których wcześniej w ogóle sobie nie zadawałam. Bo przecież najprostszym sposobem sprawdzenia, czy dany kolor był dobrym zakupem, nie jest oglądanie próbnika ani czytanie opisu producenta. Wystarczy otworzyć teczkę z ukończonymi pracami i uczciwie sprawdzić, ile razy naprawdę po niego sięgnęliśmy.
To doświadczenie bywa zaskakujące.

Przez lata byłam przekonana, że niektóre farby należą do moich ulubionych. Pamiętałam emocje związane z ich zakupem, pamiętałam pierwsze testy, pamiętałam zachwyt nad granulacją albo niezwykłym odcieniem. Kiedy jednak zaczęłam przeglądać obrazy powstałe w ciągu ostatnich miesięcy, okazywało się, że wielu z tych kolorów... po prostu tam nie ma.

Nie dlatego, że są złe.
Nie dlatego, że przestały mi się podobać.
Po prostu nigdy nie były najlepszym wyborem.

Za każdym razem znajdowała się w mojej palecie inna farba, która lepiej odpowiadała charakterowi obrazu, łatwiej mieszała się z pozostałymi pigmentami albo zwyczajnie była bliższa temu, co chciałam osiągnąć. Dopiero wtedy zrozumiałam, jak ogromna przepaść dzieli kolor, który pięknie wygląda na próbniku, od koloru, który rzeczywiście pracuje podczas malowania.

I chyba właśnie słowo „pracuje” jest tutaj najważniejsze.
Coraz częściej myślę o farbach nie jak o kolekcji, lecz jak o zespole narzędzi. Każde z nich powinno mieć swoje zadanie. Tak samo, jak stolarz nie kupuje kolejnego młotka tylko dlatego, że ma ciekawszy kolor rękojeści, a fotograf nie wymienia obiektywu wyłącznie dlatego, że producent pokazał limitowaną edycję z nowym wykończeniem, tak samo akwarelista powinien móc odpowiedzieć sobie na bardzo proste pytanie: jaką konkretną rolę ten kolor będzie pełnił w mojej palecie?

Kluczowe pytania

Od pewnego czasu stosuję wobec siebie mały eksperyment.
Zanim kupię nową farbę, próbuję odpowiedzieć na trzy pytania.

Po pierwsze – czy potrafię od razu wskazać przynajmniej trzy obrazy albo motywy, w których świadomie wykorzystam ten kolor?

Po drugie – czy wnosi on coś, czego naprawdę nie potrafię uzyskać farbami, które już posiadam?

I po trzecie – czy za tę samą kwotę nie mogłabym kupić czegoś, co bardziej rozwinie moje malowanie?

To ostatnie pytanie okazało się dla mnie szczególnie niewygodne.
Bo nagle przestałam porównywać farbę z inną farbą.
Zaczęłam porównywać ją z możliwościami.

Kilka nowych kostek to często równowartość naprawdę dobrego pędzla.

Kilkanaście – cena porządnego zapasu papieru, który wystarczy na wiele miesięcy pracy.

Jeszcze kilka zakupów więcej i okazuje się, że pieniądze, które przez rok wydaliśmy na pojedyncze, pozornie niewinne nowości, spokojnie wystarczyłyby na warsztaty z ulubionym artystą, kurs, o którym od dawna myśleliśmy, a czasem nawet na krótki wyjazd, podczas którego przywieźlibyśmy do domu znacznie więcej inspiracji niż kolejny efektowny pigment.

Nie piszę tego po to, aby kogokolwiek przekonywać do oszczędzania. Sama doskonale wiem, że hobby kosztuje i nie ma w tym nic złego. Każdy z nas ma prawo wydawać pieniądze na rzeczy, które sprawiają mu radość. Chciałabym jedynie zachęcić do tego, aby od czasu do czasu spojrzeć na własne zakupy z nieco szerszej perspektywy.

Bo bardzo łatwo policzyć cenę pojedynczej kostki.
Znacznie trudniej dostrzec cenę wszystkich kostek kupionych pod wpływem chwili.

Kiedyś wydawało mi się, że największym luksusem jest możliwość posiadania niemal każdego koloru, jaki pojawia się na rynku. Dzisiaj coraz częściej dochodzę do wniosku, że prawdziwym luksusem jest coś zupełnie innego.

np1


Prawdziwy luksus

To chwila, w której otwieram swoją paletę i wiem, że niemal każdy znajdujący się w niej kolor ma swoje miejsce, swoją historię i swoje zadanie. Nie dlatego, że jest modny. Nie dlatego, że był limitowaną edycją. Dlatego, że przez lata udowodnił mi swoją wartość podczas malowania.

Być może właśnie dlatego coraz bardziej podoba mi się porównanie palety akwarelowej do kapsułowej garderoby. Jej celem nigdy nie było ograniczenie liczby ubrań dla samej idei minimalizmu. Chodziło o coś znacznie bardziej praktycznego – o stworzenie zestawu rzeczy, które naprawdę ze sobą współpracują i do których chętnie wracamy każdego dnia.

Czy z farbami nie jest podobnie?

Może zamiast zastanawiać się, jaki kolor dokupić w tym miesiącu, warto czasem zapytać samych siebie, czy farby, które już mamy, naprawdę się ze sobą „znają”. Czy tworzą spójną paletę, czy raczej przypadkową kolekcję pięknych przedmiotów, z których każdy opowiada inną historię.

Bo im dłużej maluję, tym mocniej utwierdzam się w przekonaniu, że dobra paleta nie jest tą, która daje największy wybór.
Dobra paleta jest tą, która pozwala najszybciej... zapomnieć o farbach i skupić się na obrazie.

Kiedy dzisiaj otwieram tamtą komodę, patrzę na nią zupełnie inaczej niż kilka lat temu. Nie widzę już imponującej kolekcji ani powodu do dumy z liczby zgromadzonych materiałów. Widzę przede wszystkim własną drogę. Widzę zachwyty nad pierwszymi granulującymi farbami, fascynację nowymi pigmentami, godziny spędzone na porównywaniu próbek i ten bardzo ludzki etap, w którym wydawało mi się, że kolejny zakup może w jakiś sposób przybliżyć mnie do lepszego malowania.

Nie mam do siebie o to pretensji.
Wręcz przeciwnie.

Gdybym sama nie przeszła tej drogi, prawdopodobnie nigdy nie napisałabym tego tekstu. Nie wiedziałabym, jak łatwo pomylić rozwijanie warsztatu z rozwijaniem kolekcji. Nie zrozumiałabym, jak cienka bywa granica pomiędzy kupowaniem narzędzi a kolekcjonowaniem przedmiotów, które z czasem zaczynają żyć własnym życiem.

Co ciekawe, największą zmianą nie było to, że przestałam kupować farby.
To byłoby zbyt proste.
Zmienił się powód, dla którego je kupuję.


Podsumowanie

Dzisiaj znacznie częściej zdarza mi się zamknąć kartę sklepu internetowego z poczuciem, że właśnie podjęłam dobrą decyzję. Nie dlatego, że nowa farba była nieciekawa. Czasem wręcz przeciwnie – bywa naprawdę piękna. Po prostu nauczyłam się odróżniać zachwyt od potrzeby. To dwie zupełnie różne emocje, choć na pierwszy rzut oka potrafią wyglądać niemal identycznie.

Zaczęłam również robić coś, czego dawniej pewnie bym nie przewidziała. 

Część farb oddałam. Inne zaczęły żyć drugim życiem podczas darmowych warsztatów, spotkań czy zajęć prowadzonych dla zainteresowanych. 

Paradoksalnie właśnie wtedy wiele z nich po raz pierwszy naprawdę zaczęło spełniać swoją rolę. Nie jako kolejna kostka w mojej kolekcji, ale jako narzędzie, dzięki któremu ktoś mógł nauczyć się czegoś nowego, porównać pigmenty albo po prostu odkryć radość z malowania.

To doświadczenie nauczyło mnie jeszcze jednej rzeczy.
Materiały malarskie nie są celem naszego hobby.
Są jedynie środkiem.

Czasami mam wrażenie, że we współczesnym świecie bardzo łatwo o tym zapomnieć. Oglądamy kolejne premiery, śledzimy nowości, porównujemy składy pigmentów, zachwycamy się efektami granulacji i rozwarstwiania, a gdzieś po drodze umyka nam najważniejsze pytanie.

Czy w tym wszystkim nadal znajdujemy czas na samo malowanie?
Bo przecież żaden producent nie stworzy farby, która namaluje obraz za nas. Nie zrobi tego limitowana edycja, najdroższy pigment ani najbardziej spektakularna mieszanka. Ostatecznie i tak liczy się to, co wydarzy się pomiędzy pędzlem a papierem.

Być może właśnie dlatego coraz częściej myślę o własnej palecie nie jak o zbiorze kolorów, lecz jak o gronie dobrych znajomych. Nie musi być ich wielu. Ważne, żebym znała ich możliwości, wiedziała, czego mogę się po nich spodziewać i potrafiła bez zastanowienia sięgnąć po właściwy kolor, kiedy pojawi się pomysł na kolejny obraz.

Czy oznacza to, że już nigdy nie kupię limitowanej edycji?

Oczywiście, że nie. Nawet dzisiaj mam swoich faworytów spośród kolorów „bajeranckich”. Wciąż nie umiem się obejść bez shadow grey, autumn green czy urban Grey od Romana Szmala, czy tez Moon Grey z Renesansu.

Być może za kilka miesięcy któryś z producentów pokaże kolor, obok którego zwyczajnie nie będę potrafiła przejść obojętnie. Być może okaże się, że idealnie odpowiada temu, co maluję, i na stałe zagości w mojej palecie. Nie ma w tym nic złego.

Tak samo jak nie ma nic złego w posiadaniu sześciu odcieni indygo czy payne’s Grey od różnych producentów. Dopóki pracujesz realnie z tymi farbami- wszystko jest OK.

Chciałabym jedynie, aby była to decyzja wynikająca z rzeczywistej potrzeby, a nie z obawy, że jeśli nie kupię go dzisiaj, jutro będę czegoś żałowała.

Bo z perspektywy czasu wiem już jedno.
Najcenniejsze obrazy, które namalowałam, nie powstały dlatego, że miałam wyjątkową farbę.
Powstały dlatego, że miałam pomysł, czas i ochotę usiąść przy papierze.

A jeśli ten tekst sprawi, że następnym razem przed kliknięciem przycisku „Kup teraz” choć jedna osoba zatrzyma się na chwilę i zada sobie pytanie: „Czy ta farba naprawdę pomoże mi namalować obrazy, o których marzę?”, będę miała poczucie, że warto było go napisać.

Bo być może największym luksusem współczesnego akwarelisty nie jest możliwość posiadania wszystkiego.
Być może największym luksusem jest umiejętność świadomego wybierania tego, co naprawdę służy naszemu malowaniu.

A cała reszta...
może spokojnie poczekać do następnej premiery.


********

PODOBAJĄ CI SIĘ TREŚCI I CHCESZ OKAZAĆ WSPARCIE ?   POSTAW KAWĘ KLIKAJĄC W BANER