Akwarela na pół baterii, czyli co malować, kiedy nie ma weny

Inżynieria akwarelowa- miejsce, gdzie znajdziesz wszystkie odpowiedzi na nurtujące cię pytania

back to overview
Akwarela na pół baterii, czyli co malować, kiedy nie ma weny

Są takie tygodnie, kiedy akwarela nie przegrywa z brakiem talentu, złym papierem, nieposłuszną wodą ani pigmentem, który z nieznanych przyczyn postanowił dziś zachowywać się jak błoto z dna stawu. 

Przegrywa z życiem. 

Zmęczeniem, obowiązkami, telefonami, sprawami rodzinnymi, pracą, chaosem w głowie i tym szczególnym stanem, w którym człowiek niby chciałby coś namalować, ale już samo rozłożenie papieru wydaje się wyprawą wysokogórską. Niby pędzle leżą w zasięgu ręki, farby nie uciekły, papier nadal jest papierem, a woda w kranie zachowuje pełną dostępność operacyjną, ale między myślą „może by coś namalować” a realnym zanurzeniem pędzla w wodzie pojawia się przepaść.
I bardzo łatwo wtedy powiedzieć: „nie mam weny”.

To zdanie brzmi elegancko. Nawet trochę artystycznie. Można je wypowiedzieć z westchnieniem, patrząc w dal, najlepiej przez okno, za którym dramatycznie przesuwają się chmury. 

Problem polega na tym, że brak weny bardzo często nie jest żadnym tajemniczym odejściem muzy, karą za niegodne traktowanie pędzli ani znakiem, że straciliśmy kontakt ze sztuką. Czasem to po prostu brak paliwa. Zwyczajny, ludzki, mało romantyczny stan, w którym organizm i głowa mówią: „Dzisiaj nie zamierzamy produkować arcydzieł, możemy co najwyżej zrobić herbatę i nie zgubić telefonu”.
I wtedy właśnie przydaje się akwarela na pół baterii.

***********

Trochę mniej jest zawsze lepsze niż nic


Nie ta wielka, ambitna, z rozbudowaną kompozycją, pięcioma warstwami laserunków, świetlistym kontrastem, precyzyjnym rysunkiem i planem, że kiedyś może trafi do portfolio. Nie ta, przy której trzeba od razu czuć się artystą, ekspertem, człowiekiem z misją i pełną kontrolą nad wilgotnością papieru. 

Chodzi o akwarelę małą, cichą, robioną bez presji. Taką, która nie pyta, czy jesteśmy w formie. Taką, która nie wymaga od nas pełnego naładowania, tylko pozwala usiąść z pędzlem nawet wtedy, kiedy działamy na rezerwie.

Bo wbrew pozorom problem z brakiem weny często nie polega na tym, że nie mamy pomysłów. Pomysłów zwykle mamy aż za dużo. W telefonie czekają zdjęcia, w głowie krążą tematy, gdzieś z tyłu pamięci świeci się obraz z podróży, fragment ulicy, cień na ścianie, zachód słońca, odbicie w szybie, czyjeś dłonie przy filiżance, światło na budynku, kałuża po deszczu. Problem zaczyna się wtedy, kiedy każdy z tych tematów wydaje się zbyt duży. Za trudny. Za poważny. Za wymagający. Człowiek patrzy na piękne zdjęcie i myśli: „To byłaby dobra akwarela”, po czym natychmiast dodaje: „Ale nie dzisiaj. Dzisiaj nie mam siły tego udźwignąć”.

I tu warto zrobić coś, co w malarstwie, pracy i życiu bywa zaskakująco skuteczne: zmniejszyć skalę eksperymentu.

Nie musimy od razu malować całej ulicy. Możemy namalować tylko cień balkonu na ścianie. Nie musimy malować całego pejzażu. Możemy namalować tylko pasek nieba nad dachem. Nie musimy zmagać się z portretem, anatomią, oczami, skórą, włosami i całą psychologią postaci. Możemy namalować tylko plamę światła na policzku albo fragment dłoni trzymającej kubek. Nie musimy odtwarzać każdego drzewa w parku. Możemy wybrać jedną gałąź. Nie musimy malować morza. Możemy namalować tylko linię piany.

Akwarela bardzo dobrze znosi takie zawężenie tematu. Ona nawet je lubi. Wbrew temu, co czasem podpowiada ambicja, dobry obraz nie zawsze powstaje z wielkiego motywu. Czasem powstaje z bardzo uważnego spojrzenia na rzecz małą. Na kształt cienia. Na różnicę między ciepłym a chłodnym światłem. Na to, jak mokra plama pigmentu rozchodzi się po papierze. Na jeden kontrast, jedną krawędź, jedno przejście tonalne. Akwarela jest sztuką skrótu i sugestii, więc w dni bez siły skrót może stać się naszym sprzymierzeńcem, a nie porażką.

Kiedy nie ma weny, najgorsze, co możemy sobie zrobić, to postawić przed sobą papier z myślą: „No dobrze, teraz namaluję coś naprawdę dobrego”. To zdanie powinno być przechowywane w specjalnej szufladzie razem z innymi narzędziami tortur. Bo ono natychmiast zmienia malowanie w egzamin. A jeśli człowiek jest zmęczony, przeciążony albo po prostu wewnętrznie rozmontowany, to dokładanie sobie kolejnego egzaminu rzadko prowadzi do twórczego uniesienia. Zwykle prowadzi do tego, że papier leży, farby leżą, a my zaczynamy sprzątać biurko, bo nagle kurz pod kubkiem staje się sprawą życia i śmierci.

Dlatego w akwareli na pół baterii dobrze działa inna umowa. Nie maluję dziś obrazu. Robię próbę. Nie tworzę pracy do pokazania. Sprawdzam kolor. Nie mam obowiązku skończyć. Mam tylko zacząć. Nie muszę być zadowolona z efektu. Mam tylko przez chwilę pobyć z wodą, papierem i pigmentem.


Schowek-3(11)

Drobne kroki też prowadzą do celu
To niby drobna zmiana, ale potrafi zdjąć z ramion ogromny ciężar. Bo kiedy mówimy sobie, że „teraz będzie obraz”, natychmiast uruchamiamy oczekiwania. Ma być dobrze. Ma mieć kompozycję. Ma mieć światło. Ma nie być błota. Ma nie wyglądać jak coś, co wypadło spod pędzla przypadkiem i nie wie, dokąd zmierza. 

Kiedy natomiast mówimy sobie: „to tylko próba”, nagle robi się luźniej. Można sprawdzić, jak zachowa się indygo w dużym rozcieńczeniu. Można zobaczyć, czy czerwień położona na wilgotny papier da piękną miękką krawędź, czy raczej dramatyczną plamę o osobowości katastrofy. Można zrobić dziesięciominutowe niebo, które nie ma żadnych ambicji poza tym, żeby być dziesięciominutowym niebem.
I właśnie takie małe ćwiczenia często okazują się najlepszą drogą powrotu do malowania.

Nie dlatego, że każde z nich będzie piękne. Nie będzie. Czasem będzie nijakie, czasem krzywe, czasem przepracowane, czasem za blade, czasem zbyt ciemne, czasem papier odmówi współpracy, a czasem my odmówimy papierowi dalszej uwagi. 

Ale to nie szkodzi. 

W akwareli na pół baterii nie chodzi o produkcję dzieł. Chodzi o podtrzymanie kontaktu. O to, żeby nie budować między sobą a malowaniem muru z wyrzutów sumienia. Bo im dłużej nie malujemy, tym częściej pojawia się myśl, że teraz powrót powinien być spektakularny. Skoro była przerwa, to pierwsza praca po przerwie musi być dobra. Skoro dawno nic nie pokazywaliśmy, to teraz trzeba wrócić z czymś mocnym. Skoro już siadamy, to nie można zmarnować czasu.

Można. Naprawdę można zmarnować trochę papieru, trochę farby i trochę czasu. Co więcej -  czasem trzeba.

Akwarela nie jest wyłącznie galerią udanych efektów. Jest też laboratorium nieudanych prób. A laboratorium ma to do siebie, że nie każdy eksperyment kończy się odkryciem nowego pierwiastka. Czasem kończy się notatką: „nie robić tak więcej”. I ta notatka też jest cenna. Jeśli po pół godzinie wiemy, że dany kolor w połączeniu z drugim robi błoto, że ten papier nie lubi wielu warstw, że ten pędzel nie nadaje się do detali, albo że dzisiaj naprawdę nie mamy cierpliwości do architektury, to nie jest stracony czas. To jest informacja zwrotna. Może mało efektowna, ale bardzo praktyczna.
W dni bez weny dobrze jest wybierać zadania tak małe, żeby nie budziły oporu. Jedna farba. Jedna kartka. Jeden wieczór. Jeden motyw. Jeden problem techniczny. Nie cała paleta, nie wszystkie pędzle, nie format, który patrzy na nas z wyrzutem, bo sam kosztował tyle, że człowiek zaczyna oddychać ostrożniej. 

Mały kawałek papieru potrafi być wybawieniem. Kwadrat dziesięć na dziesięć centymetrów. Pasek po odcięciu większego arkusza. Skrawek, który normalnie zostałby próbą koloru. Na takim formacie łatwiej pozwolić sobie na błąd. Łatwiej zacząć. Łatwiej skończyć. Łatwiej powiedzieć: „to tylko szkic”.
A szkic jest piękną formą wolności.

Szkic jako pełnoprawna forma praktyki

Szkic nie musi udowadniać, że umiemy malować. Nie musi mieć ostatecznej wersji. Nie musi być podpisany, oprawiony, sfotografowany i pokazany światu. Może być notatką z patrzenia. Może być zapisem chwili. Może być ćwiczeniem ręki. Może być sposobem, żeby przez dwadzieścia minut nie myśleć o tym, co trzeba jeszcze załatwić. Może być małym „jestem tutaj” wypowiedzianym pędzlem zamiast słowami.

Szczególnie dobre na takie dni są proste tematy oparte na świetle. Nie dlatego, że są banalne, ale dlatego, że światło natychmiast daje obrazowi sens. Cień filiżanki na stole. Jasna plama na parapecie. Zachód słońca sprowadzony do trzech pasów koloru. Fragment nieba między blokami. Smuga lampy na chodniku. Odbicie w szybie. Ciemny kształt drzewa na tle jaśniejszego nieba. To są motywy, które nie wymagają wielkiej opowieści, a jednocześnie pozwalają ćwiczyć to, co w akwareli najważniejsze: walor, kontrast, miękkie i twarde krawędzie, temperaturę barw, oszczędność środków.

Można też malować z własnych zdjęć, ale z jednym zastrzeżeniem: nie całe zdjęcie naraz. 

Zdjęcia bywają zdradliwe, bo zawierają za dużo informacji. Kiedy jesteśmy w dobrej formie, możemy z nich wybierać, upraszczać, komponować i decydować, co jest ważne. Kiedy jesteśmy zmęczeni, zdjęcie potrafi przygnieść ilością szczegółów. 

Wtedy warto potraktować je jak magazyn małych tematów. Nie maluję całego kościoła, tylko światło na kamieniu. Nie maluję całej plaży, tylko cień jednej osoby. Nie maluję panoramy miasta, tylko komin na tle zachodu. Nie maluję lasu, tylko dwie plamy zieleni i jedną ciemną krawędź. To nie jest ucieczka od tematu. To jest rozsądne dawkowanie wysiłku.

Bardzo dobrym ratunkiem bywa też ograniczona paleta. Kiedy nie ma siły, wybieranie kolorów potrafi stać się osobną decyzją życiową. A decyzje męczą. Dlatego czasem najlepiej wyjąć jedną farbę i zobaczyć, ile można z niej wydobyć. Jeden kolor w akwareli potrafi być całym światem, jeśli pozwolimy mu pracować w różnych rozcieńczeniach. Gęsta plama, delikatna mgła, suchy pędzel, miękkie przejście, ciemny akcent, niemal niewidoczny laserunek.

Monochromatyczne ćwiczenie zdejmuje z nas ciężar harmonii kolorystycznej, a zostawia to, co fundamentalne: światło i cień. A jeśli jeden kolor to za mało, można dodać drugi i zrobić z tego prosty dialog. Ciepły z chłodnym. Granulujący z gładkim. Ciemny z przejrzystym. Nic więcej.

Warto przy tym pamiętać, że „małe” nie znaczy „gorsze”. Mały format może być bardzo świadomy. Jeden kolor może być bardzo wymagający. Prosty temat może uczyć więcej niż ogromna kompozycja, w której próbujemy zrobić wszystko naraz. Akwarela na pół baterii nie jest malarstwem drugiej kategorii. Jest raczej trybem oszczędzania energii. Tak jak telefon, który przy niskim poziomie baterii wyłącza zbędne funkcje, my też możemy wyłączyć część wymagań. Bez wielkiego formatu. Bez presji publikacji. Bez walki o efekt końcowy. Bez porównywania się z ludźmi, którzy najwyraźniej mają w życiu więcej czasu, światła, przestrzeni, ciszy i być może osobny pokój wyłącznie do artystycznego rozkwitu.


Publikacja jako współczesna forma niewolnictwa 
To jest temat, który warto potraktować poważnie, nawet w lekkim felietonie. 

Żyjemy w czasach, w których bardzo łatwo pomylić tworzenie z pokazywaniem. Namalowałam, więc powinnam wrzucić. Zrobiłam szkic, więc trzeba go sfotografować. Kupiłam papier, więc dobrze byłoby mieć efekt. 

Tymczasem część malowania powinna zostać prywatna. Nie dlatego, że jest wstydliwa, ale dlatego, że prywatność daje swobodę. Jeśli każda kartka ma potencjalnie stać się treścią do internetu, to każda kartka zaczyna być oceniana, zanim jeszcze wyschnie. A to potrafi skutecznie zabić ochotę do eksperymentu.

Dlatego jednym z najlepszych ćwiczeń na brak weny jest malowanie czegoś, czego nie trzeba będzie nikomu pokazać. Nawet więcej: można z góry założyć, że tego nie pokażemy. To będzie szkic do szuflady. Próba koloru. Mała kartka bez świadków. Obrazek, który nie pracuje na nasz wizerunek, portfolio ani konsekwentną linię twórczą. 
Brzmi skromnie, ale jest bardzo uwalniające. Bo kiedy nikt nie patrzy, łatwiej zaryzykować. Łatwiej położyć ciemniejszą plamę. Łatwiej czegoś nie poprawiać. Łatwiej zostawić niedoskonałość. Łatwiej zobaczyć, co naprawdę nas interesuje, kiedy nie myślimy o odbiorze.
Brak weny często mija nie wtedy, kiedy znajdziemy genialny temat, ale wtedy, kiedy przestajemy wymagać od siebie genialności.

To może być najważniejsza rada. Nie czekajmy, aż wróci wielka wena, żeby usiąść do malowania. Ona często nie przychodzi przed pracą. Przychodzi w trakcie. Czasem po pierwszej plamie, czasem po trzecim nieudanym szkicu, czasem dopiero wtedy, kiedy uznamy, że dzisiaj już nic z tego nie będzie, więc można się pobawić bez konsekwencji. Wena bywa przereklamowana jako punkt startowy. Znacznie częściej jest produktem ubocznym działania. Nie zawsze spektakularnego. Czasem bardzo małego.

Oczywiście nie chodzi o to, żeby robić z malowania kolejny obowiązek i zmuszać się do twórczości wtedy, kiedy ciało i głowa naprawdę proszą o odpoczynek. Odpoczynek też jest potrzebny. Są dni, kiedy najlepszym wyborem nie jest pędzel, tylko sen. Albo spacer. Albo ciepły obiad. Albo milczenie. Akwarela nie powinna stać się biczem, którym okładamy się za brak produktywności. Nie o to chodzi. Chodzi raczej o to, żeby odróżnić prawdziwą potrzebę odpoczynku od lęku przed rozpoczęciem. Bo czasem mówimy „nie mam siły”, a naprawdę mamy na myśli „boję się, że mi nie wyjdzie”. Czasem mówimy „nie mam weny”, a naprawdę chodzi o to, że wyobrażony obraz jest tak dobry, że boimy się skonfrontować go z pierwszą plamą na papierze.
Wtedy mały format pomaga oszukać opór. Dziesięć minut pomaga oszukać perfekcjonizm. Jeden kolor pomaga oszukać chaos decyzji. A prywatny szkic pomaga oszukać wewnętrznego krytyka, który najchętniej stałby nam nad ramieniem z notesem i komentował wilgotność każdej krawędzi.


ita6

Lista awaryjna
Można też stworzyć sobie kilka awaryjnych tematów na trudniejsze dni. 

Nie wielką listę ambitnych projektów, tylko mały zestaw powrotów. Niebo w jednym kolorze. Trzy wersje tego samego cienia. Miniatura ze zdjęcia. Próbka granulacji. Jeden liść. Jedna chmura. Jedna latarnia. Jeden fragment architektury. Jeden kubek. Jedna plama światła. Dobrze, żeby były to tematy tak proste, że nie trzeba ich planować. Wystarczy usiąść i zrobić. 

Bo im więcej etapów przygotowania, tym większa szansa, że po drodze zgubimy resztkę energii. Jeśli musimy znaleźć zdjęcie, przygotować rysunek, przykleić papier, wybrać paletę, obejrzeć trzy tutoriale i jeszcze sprawdzić, czy mamy odpowiedni pędzel, to w dni bez weny prawdopodobnie skończymy na oglądaniu cudzych prac i poczuciu, że wszyscy malują, tylko nie my.

A tymczasem czasem wystarczy naprawdę niewiele. Mały papier. Pędzel. Dwie miseczki z wodą, albo jedna, jeśli życie jest wyjątkowo skomplikowane. Jedna farba. Dziesięć minut. I zgoda na to, że wynik może być średni.

Średnie prace są zresztą niesłusznie niedoceniane. Wszyscy chcielibyśmy malować dobrze, najlepiej coraz lepiej, najlepiej z widocznym postępem i bez cofania się do etapu „dlaczego ta plama ma taki kształt i czy ona mnie obraża”. 

Ale rozwój nie składa się wyłącznie z prac udanych. Składa się także z tych nijakich, niedokończonych, dziwnych, za ciemnych, za bladych i takich, które miały być nastrojowym pejzażem, a wyszły jak dokumentacja awarii hydraulicznej. One też są częścią drogi. Uczą pokory, ale też odporności. Pokazują, że nieudana kartka nie jest końcem świata. Że można namalować coś słabego i następnego dnia nadal być osobą, która maluje.

To ważne, bo w akwareli bardzo łatwo zbudować sobie mit kruchej kontroli. Kiedy zaczyna wychodzić, chcemy wierzyć, że już wiemy. Że teraz będzie tylko lepiej. Że opanowaliśmy wodę. 

A potem przychodzi dzień zmęczenia, zły papier, za mokry pędzel, jedna decyzja za dużo i nagle mamy przed sobą plamę, która przypomina, że akwarela jest techniką żywą, nie do końca posłuszną i momentami bezczelnie niezależną. Jeśli w takim dniu oczekujemy od siebie mistrzostwa, łatwo się zniechęcić. Jeśli jednak traktujemy to jako ćwiczenie na pół baterii, łatwiej wzruszyć ramionami i powiedzieć: „No dobrze, dziś woda wygrała. Jutro rewanż”.


Słowem zakończenia
Tworzenie nie zawsze musi być dramatycznym zmaganiem. Nie zawsze musi mieć sens większy niż chwila skupienia. Nie zawsze musi prowadzić do gotowego obrazu. 

Czasem malowanie jest sposobem, żeby po dniu pełnym spraw, rozmów, napięć i obowiązków wrócić do prostego rytmu: woda, pigment, papier, oddech. W akwareli jest coś bardzo fizycznego i bardzo uspokajającego. Nabieramy wodę. Dotykamy pędzlem farby. Patrzymy, jak kolor rozpływa się po papierze. Czekamy. Nie wszystko dzieje się natychmiast. Nie wszystko można przyspieszyć. Nie wszystko warto poprawiać. To są małe lekcje, które czasem przydają się bardziej niż perfekcyjna kompozycja.

Dlatego kiedy następnym razem pojawi się myśl „nie mam weny”, można spróbować odpowiedzieć jej łagodniej. Nie: „to trudno, nic nie maluję”. Nie: „muszę się zmobilizować i zrobić coś porządnego”. Raczej: „dobrze, to dzisiaj maluję na pół baterii”. Bez wielkich oczekiwań. Bez przymusu. Bez udowadniania. Jedno niebo. Jeden cień. Jeden kolor. Jedna mała kartka. Jedna próba.

Może z tego nie powstanie obraz życia. Prawdopodobnie nie powstanie. I bardzo dobrze. Obraz życia może poczekać na dzień, w którym będziemy mieć więcej siły, światła, cierpliwości i miejsca w głowie. Dzisiaj wystarczy obrazek życia codziennego. Mała plama obecności. Dowód, że mimo zmęczenia nadal mamy kontakt z tym, co lubimy. Że nie trzeba być w idealnej formie, żeby zanurzyć pędzel w wodzie. Że malowanie może być nie tylko ambitnym projektem, ale też łagodnym powrotem do siebie.

A jeśli kartka wyjdzie brzydka? Trudno. Brzydkie kartki też mają swoje zasługi. 

Czasem przejmują na siebie cały chaos dnia, żeby następna mogła być spokojniejsza.


**************

KAWĘ  MOŻNA  POLAĆ  TUTAJ...  KAWA JEST ZAWSZE MILE WIDZIANA BO DAJE MOTYWACJE DO PISANIA ! 😀