Czy warto pokazywać słabe, stare i nieudane prace?

Inżynieria akwarelowa- miejsce, gdzie znajdziesz wszystkie odpowiedzi na nurtujące cię pytania

back to overview
Czy warto pokazywać słabe, stare i nieudane prace?

Jest taki moment, który zna chyba każdy, kto kiedykolwiek pracował z akwarelą. Moment zawahania.

Stoisz nad teczką, kartonem, folderem nazwanym „archiwum” albo „różne”. Otwierasz go ostrożnie, jakbyś spodziewał się, że coś może się wysypać.
I wysypuje się.

Obrazy, które kiedyś były obietnicą sukcesu. Plamy pełne intencji, decyzje podjęte z wiarą, że tym razem się uda. Dziś patrzysz na nie inaczej. Z dystansu. Z doświadczeniem. Z tą cichą świadomością, że woda poszła za daleko, kolor zrobił się ciężki, a papier zapamiętał wszystko. Całą klęskę.

Za ciemne.
Zamulone.
Rozlane nie tam, gdzie trzeba.
A tam, gdzie trzeba- nie ma nic.

Takie, przy których pojawia się myśl nie tyle krytyczna, co zdumiona: jak ja mogłam — jak mogłem — uznać to za skończone? Za dobre?
Pierwszy impuls jest niemal zawsze ten sam. Zamknąć. Odłożyć. Nie wracać.

Bo przecież artysta — w powszechnym wyobrażeniu — powinien pokazywać to, co udane. To, co kontrolowane. To, co nie zdradza wahań ani błędów.

Tylko że akwarela nigdy nie była medium od wygładzania historii.
Jest jak zapis chwili — nie zawsze tej najlepszej, ale zawsze prawdziwej. Nie daje się łatwo poprawić, nie zapomina pomyłek, nie pozwala na cofnięcie gestu. Każda decyzja zostaje na papierze na dobre i na złe. I może właśnie dlatego te stare, nieudane prace tak uwierają: bo mówią dokładnie, gdzie wtedy byliśmy.

Dla jednych są dowodem braku umiejętności. Dla innych — niewygodnym przypomnieniem drogi, którą już przeszli. Początkujący widzą w nich swoje lęki, doświadczeni — swoje początki. A między jednym a drugim kryje się pytanie, którego rzadko nie da się już uciszyć:

czy naprawdę chcemy, by widziano tylko efekt końcowy?
czy też odważymy się czasem pokazać ślady drogi — krzywe, rozlane, niepewne?

Bo w tych akwarelach, które nie wyszły, jest coś więcej niż błąd. Jest moment ryzyka. Chwila decyzji podjętej bez gwarancji sukcesu. Jest ręka, która sięgnęła po pędzel, choć nie miała pewności, dokąd poprowadzi ją woda.A być może właśnie w tym miejscu — nie w perfekcji, lecz w niedoskonałym zapisie prób — zaczyna się najuczciwsza rozmowa o sztuce.


Początkujący: między nadzieją a wstydem

Na początku wszystko jest jeszcze lekkie.
Każda udana plama cieszy bardziej, niż powinna. Każde „o, to wyszło” urasta do małego święta. Początkujący akwarelista potrafi zatrzymać się nad jednym fragmentem papieru i patrzeć na niego z autentyczną radością, jakby wydarzyło się coś wyjątkowego — bo przecież właśnie się wydarzyło.

W tym pierwszym czasie chce się dzielić. Natychmiast. Na bieżąco.
Pokazać komuś, że kolor się nie rozlał. Że światło zostało. Że liść wyszedł „jak prawdziwy”. Te drobne sukcesy mają wtedy ogromną wagę, bo są świeże i niepodważone. Jeszcze nikt nie zdążył powiedzieć, że to za proste, za naiwne, zbyt oczywiste. Jeszcze nie pojawił się wewnętrzny głos, który każe umniejszać

To bywa najpiękniejszy czas w twórczości.

Czas, w którym błędy nie są porażką, tylko częścią zabawy. W którym farba może popłynąć za daleko, a zamiast frustracji pojawia się ciekawość. W którym nie ma jeszcze sztywnego „tak się nie robi”, a jest raczej pytanie: a co, jeśli spróbuję?

Dopiero później każda praca zaczyna ważyć więcej.
Bo pierwsze obrazy są zawsze emocjonalnie „duże” — długo planowane, malowane z bijącym sercem, często w ciszy pełnej napięcia. A potem przychodzi moment, w którym autor sam staje się swoim najsurowszym krytykiem. Zanim zrobi to ktokolwiek inny.
Wtedy też zaczynają się porównania. Nie z czyimś początkiem, ale z czyimś finałem. Z dopracowanymi kadrami, z wystawami, z albumami, z obrazami, za którymi stoją lata prób. I gdzieś między jednym a drugim spojrzeniem rodzi się myśl cicha, ale dotkliwa:
skoro to tak wygląda, to może ja się do tego nie nadaję.

W tej perspektywie pokazanie słabszej pracy wydaje się ryzykiem. Jakby odsłonięciem czegoś zbyt kruchego. Bo co, jeśli ktoś potwierdzi te wątpliwości? Jeśli nazwie to, co jeszcze wczoraj było radością, błędem

A jednak — i to jest paradoks, który wielu odkrywa dopiero z czasem — właśnie w tym momencie pokazanie niedoskonałości potrafi stać się krokiem naprzód. Nie po to, by się tłumaczyć czy usprawiedliwiać, ale by zobaczyć, że świat nie reaguje tak surowo, jak podpowiada lęk. Że inni mierzą się z tym samym. Że rozwój nie jest skokiem, lecz ciągiem prób, często bardzo nierównych.

I wtedy coś się zmienia.

Z samotnego „ja i moja porażka” rodzi się „my i nasza nauka”. A to wspólne doświadczenie — podszyte błędami, radością, niepewnością — bywa dużo trwalszym fundamentem niż perfekcja osiągnięta zbyt szybko.

Dlaczego początkujący pokazują swoje prace — i dlaczego to ma sens
Na początku pokazuje się prace nie dlatego, że są doskonałe, ale dlatego, że są nowe. Jeszcze ciepłe. Jeszcze pachnące farbą i decyzją, która właśnie zapadła. Początkujący akwarelista rzadko myśli wtedy o archiwum czy strategii wizerunkowej. Chce się po prostu podzielić chwilą, w której coś zadziałało — nawet jeśli tylko przez moment.
I w tym spontanicznym geście jest coś bardzo zdrowego.

Pokazywanie pierwszych prac szybko staje się bowiem czymś więcej niż tylko chwaleniem się efektem. Zaczyna tworzyć archiwum drogi — zapis kolejnych prób, zmian, powrotów. To, co dziś wydaje się nieporadne, za rok będzie czytelnym śladem rozwoju. A za kilka lat — dowodem, że umiejętności nie biorą się znikąd, tylko wyrastają z setek małych decyzji, z których każda zostawiła po sobie ślad.

Jest w tym także ogromna wartość praktyczna. Pokazując swoje prace na wczesnym etapie, początkujący daje sobie szansę na korektę kursu. Doświadczone oko potrafi czasem jednym zdaniem nazwać problem, który bez tej rozmowy ciągnąłby się miesiącami: za dużo wody, zbyt szybkie przechodzenie do detalu, brak planu tonalnego. To nie są uwagi, które odbierają radość — przeciwnie, często ją porządkują.
Jest jeszcze jeden, mniej oczywisty aspekt: oswajanie spojrzenia innych. Im wcześniej zaczynamy pokazywać prace, tym szybciej uczymy się, że cudze opinie nie muszą być zagrożeniem. Że komentarz nie jest wyrokiem, a reakcja odbiorcy nie definiuje naszej wartości. To bezcenna lekcja, którą lepiej odrobić wtedy, gdy stawka jest jeszcze niska, a dystans do własnych prac — większy.

Pokazywanie swoich akwarel na początku pozwala też zobaczyć coś bardzo ważnego: że nie jesteśmy sami w swoich błędach. Kiedy prace trafiają do przestrzeni wspólnej — warsztatów, grup, rozmów — nagle okazuje się, że te same problemy powtarzają się u wielu osób. Ta świadomość zdejmuję z barków część napięcia. Znika poczucie wyjątkowej nieudolności, a w jego miejsce pojawia się doświadczenie wspólnej nauki.

I wreszcie — jest w tym czysta radość.
Radość z bycia w procesie, z pokazywania tego, co jeszcze nie do końca nazwane, ale już własne. Z poczucia, że sztuka nie musi być od razu skończona, by mogła być prawdziwa.
Dopiero później przychodzą wątpliwości.
Dopiero później pojawia się wstyd, porównania i ostrożność.Na początku jest ruch — i warto pozwolić mu wybrzmieć.


Zaawansowani: między doświadczeniem a perfekcją

Dla twórców, którzy malują od lat, pokazanie swoich słabszych prac bywa czymś znacznie trudniejszym niż dla początkujących. Tu nie chodzi już o radość z odkrycia koloru czy zaskoczenia papieru. Tu chodzi o wizerunek. O pozycję, która z trudem wypracowana, może zostać zakwestionowana jednym nieudanym obrazem.

Każdy artysta doświadczony zna te myśli:
„A jeśli ktoś pomyśli, że nie mam talentu?”
„A jeśli zobaczą, że mam dni, kiedy wszystko wychodzi źle?”

W tym świecie, w którym prace bywają udostępniane w sieci, w katalogach, na wystawach — łatwo wpaść w pułapkę budowania obrazu twórcy idealnego. Bez wad, bez słabszych dni, bez zmęczenia, bez tych niepokojących rozlewów, które tak bardzo lubi papier i pigment, gdy człowiek myśli, że kontroluje każdy ruch.

Dla artysty zaawansowanego pokazanie niedoskonałej pracy to jak otwarcie drzwi do własnej kruchości. Bo przecież każdy ma w sobie instynkt samozachowawczy — pragnie, aby inni widzieli jego siłę, umiejętności, mistrzostwo. I nagle pojawia się lęk: że ujawnienie niedoskonałości może zostać odczytane nie jako naturalny etap pracy, ale jako brak talentu, brak profesjonalizmu, słabość.

A jednak… tu także kryje się ogromna wartość.

Pokazywanie swoich słabszych prac pozwala zdjąć z siebie ciężar iluzji. Pozwala powiedzieć: „Tak, mam słabsze dni. Tak, nie wszystko wychodzi od razu. Tak, proces czasem wymyka się spod kontroli, a farba płynie własnym torem.” W tym jest coś wyzwalającego — nie dla oceniającego, ale dla samego twórcy. Bo w tej prawdzie rodzi się autentyczność, a autentyczność — paradoksalnie — buduje zaufanie u odbiorców i innych artystów.

Dla zaawansowanego twórcy pokazanie niedoskonałości staje się również sposobem na refleksję nad własną drogą. To szansa, by spojrzeć wstecz, zobaczyć błędy, powtórzenia, przyzwyczajenia, które z czasem urosły w nawyk. To moment, w którym doświadczenie spotyka się z lekcją pokory. I choć serce wciąż bije szybciej przy myśli o ocenach, to w głębi pojawia się świadomość, że właśnie przez tę kruchość praca staje się bardziej prawdziwa.

W tym sensie starsze, słabsze akwarele nie są kompromitacją, lecz świadectwem drogi. Nie trzeba ich pokazywać wszystkim, ale dopuszczenie ich do widoku — choćby w węższym gronie — pozwala przerwać iluzję perfekcji. I, co najważniejsze, pokazuje innym, że sztuka nie rodzi się z talentu samego w sobie, lecz z procesu, prób i powtarzania.

To trudne. To czasem boli. Ale to także moment, w którym mistrz może odetchnąć. Bo pokazując, że ma chwile słabości, staje się nie mniej wielki, lecz bardziej ludzki. A w tym ludzkim wymiarze tkwi jedna z największych lekcji akwareli: że prawdziwe mistrzostwo obejmuje nie tylko sukcesy, lecz także umiejętność pogodzenia się z tym, co nie wyszło.


Schowek-3(11)

Kiedy warto pokazywać ?

Słabszą pracę warto pokazać wtedy, gdy jest już świadomym etapem procesu, a nie chaotycznym szkicem wyrwanym z prób i błędów.
To może być obraz, przy którym twórca sam dostrzega, co poszło nie tak, i potrafi o tym opowiedzieć.
Wtedy uwagi innych — bardziej doświadczonych kolegów czy mentorów — stają się korektą kursu, a nie oceną talentu.
Warto też pokazywać prace w bezpiecznej przestrzeni, wśród osób, które rozumieją, czym jest proces twórczy, i które potrafią dostrzec lekcję w niepowodzeniu. Może to być warsztat, grupa koleżeńska, forum dla artystów, a czasem nawet prywatny mentor. W takich warunkach niedoskonałość nie jest hańbą, lecz paliwem rozwoju.
Pokazywanie w tym momencie pozwala też zdjąć ciężar iluzji perfekcji, który narasta wraz z doświadczeniem. Widzowie widzą proces, a nie tylko efekt — a to buduje autentyczność i zaufanie.
Warto pokazać pracę, gdy jest częścią refleksji: pokazujemy nie tylko co wyszło, ale też czego się z tej próby nauczyliśmy.

Kiedy nie warto pokazywać ?

Nie warto pokazywać słabszych prac, gdy nie jesteśmy jeszcze gotowi na kontekst lub odbiór, gdy obraz jest świeży, emocjonalnie zbyt bolesny albo nieprzerobiony.
Nie chodzi o ukrywanie błędów, ale o odpowiedzialność wobec własnego wizerunku i procesu.
Jeśli praca powstała w chaosie, jest fragmentaryczna, a sam twórca nie potrafi jeszcze spojrzeć na nią z dystansem, publiczne udostępnienie może zakłócić postrzeganie naszej drogi i warsztatu — zamiast budować zaufanie, wzbudzi wątpliwości, które same w sobie nie są konstruktywne.
Nie warto też pokazywać pracy wtedy, gdy przestrzeń publiczna nie sprzyja rozwojowi — na przykład na bardzo szerokiej platformie, gdzie komentarze są powierzchowne, krytyczne bez argumentu albo destrukcyjne.
Granica między szczerością a ekshibicjonizmem jest cienka: szczerość pokazuje drogę i lekcje, ekshibicjonizm odsłania słabość bez kontekstu.

Równowaga

Klucz tkwi w świadomym wyborze etapu i przestrzeni. Zaawansowany twórca nie musi pokazywać wszystkiego — ale może wybierać momenty, w których niedoskonałość służy lekcji, inspiruje innych, pozwala zachować kontakt z procesem, który wciąż jest żywy, a nie tylko efektowny.
Pokazywanie pracy w odpowiednim momencie pozwala również oswoić własną kruchość, uczy dystansu do opinii innych i przypomina, że nawet mistrzowie mają swoje dni, kiedy farba nie słucha, a papier robi swoje. W tym paradoksalnie tkwi największa siła: prawdziwe mistrzostwo obejmuje zarówno sukces, jak i świadomą pracę nad tym, co nie wyszło.

Stare prace jako dowód, że coś się wydarzyło

Czasem, gdy otwieram teczkę ze starymi akwarelami, od razu czuję ciężar czasu. Nie ciężar w sensie wstydu, ale obecność wszystkich prób, decyzji i chwil, które spędziłam z papierem i pigmentem. Każda z tych prac jest jak znak na mapie drogi — moment, w którym coś się wydarzyło, nawet jeśli efekt końcowy wydaje się dziś niedoskonały.
Nie oceniam ich już wyłącznie pod kątem kolorów czy kompozycji. 

Widzę w nich napięcie. Każdy ruch pędzla jest jak echo niepewności, każdy cień jak próba znalezienia własnego języka. Czasem te obrazy są wręcz rozpaczliwe: woda płynie nie tam, gdzie chciałam, pigment rozmywa się w sposób nieprzewidziany, papier buntuje się pod dotykiem mojej ręki. A jednak, patrząc na nie dzisiaj, wiem, że nie są powodem do wstydu. Są konieczne. Są dowodem, że próbowałam, że szukałam, że nie stałam w miejscu.

Że tak budowała się świadomość i doświadczenie, które stały się podwalinami Inżynierii Akwarelowej.

Dla początkujących takie prace mają nieocenioną moc. Pokazane bez usprawiedliwiania się, bez komentarza tłumaczącego każdy błąd, mówią prostą, mocną rzecz: „Tak, też tu byłam. I poszłam dalej.”

To doświadczenie, które nie daje się zastąpić tysiącem porad ani instrukcji krok po kroku. Widzimy w tym prosty przekaz: błąd jest częścią drogi, a proces jest równie ważny jak efekt końcowy. Widok pracy, która nie wyszła, ale wciąż istnieje, uczy młodych twórców odwagi — pokazuje, że nie muszą od razu osiągać perfekcji, że farba może płynąć za daleko, a papier może robić swoje, i że w tym chaosie tkwi radość i nauka.
Starsze prace uczą też cierpliwości. Pokazują, jak powoli kształtował się warsztat, jak z prób rodziły się zwyczaje, nawyki, własny język. Dają punkt odniesienia, który pomaga spojrzeć na nową pracę z dystansem — nie tylko jako na wyzwanie, ale jako część większej opowieści. Z tej perspektywy błędy przestają być wrogami, a stają się znakami drogi, która prowadziła do dziś.

Nieudane prace budują zaufanie

Jest coś niezwykłego w reakcji ludzi, gdy pokazujesz pracę, która „nie wyszła”. Zamiast krytyki często pojawia się ulga, czasem rozpoznanie, a nawet wdzięczność. Bo nagle nie jesteś już figurą z plakatu ani artystą idealnym. Stajesz się kimś realnym. Kimś, kto czasem się myli, komu nie wszystko wychodzi, kto wraca do papieru mimo porażek i niepewności.

W tym odkryciu rodzi się coś, czego nie da się kupić ani wymusić: zaufanie. Nie do efektów, nie do perfekcyjnego pociągnięcia pędzla, ale do procesu. Ludzie zaczynają ufać nie twoim obrazom, lecz twojej wytrwałości, twojej otwartości i odwagi. Widzimy w tym lekcję, że sztuka nie rodzi się z talentu samego w sobie, lecz z powtarzania, z prób, z eksperymentowania i z powrotu do papieru po każdej porażce.
Dla początkujących jest to szczególnie cenne. Widząc, że doświadczeni artyści też mają swoje słabsze dni, uczą się dystansu do własnych błędów. Uczą się, że niedoskonałość nie jest dowodem braku talentu, ale naturalnym etapem drogi. Widok pracy, która „nie wyszła”, daje im prawo do eksperymentu, prawo do niepewności i radość z procesu, która na początku jest często najczystsza.

Dla zaawansowanych twórców to moment paradoksalnie wyzwalający. Pokazanie słabszej pracy nie osłabia ich wizerunku; przeciwnie — czyni go bardziej ludzki, bardziej autentyczny. W tym wyborze etapu i przestrzeni tkwi moc: prace są przemyślane, stanowią lekcję, a jednocześnie zaproszenie do dialogu z innymi. To most między doświadczeniem a nauką, między warsztatem a widzem.

Co więcej, w tym procesie rodzi się subtelna, głęboka radość: radość z dzielenia się tym, co nie jest jeszcze doskonałe, a mimo to prawdziwe. Radość z tego, że każdy błąd, każda nieudana próba, każdy rozlany fragment papieru staje się częścią opowieści. I że właśnie w tej prawdzie kryje się najważniejsza lekcja akwareli: że mistrzostwo obejmuje nie tylko sukcesy, ale i odwagę, by stawić czoła niepewności, by pozwolić procesowi istnieć w całej swojej niedoskonałości.
Stare prace, nieudane prace, chwile słabości — wszystkie razem tworzą tkankę drogi twórczej. Uczą pokory, cierpliwości, odwagi, radości i… zaufania. Zaufania do siebie, do własnej ręki, do farby, do papieru, do procesu, który nigdy nie jest idealny, a mimo to zawsze jest prawdziwy.

Granica między szczerością a ekshibicjonizmem

Nie chodzi o to, by pokazywać wszystko.
Nie każda nieudana praca musi mieć publiczność. Nie każda porażka domaga się widowni.

Szczerość nie polega na obnażaniu się, lecz na uczciwości wyboru.
Czasem trzeba się zatrzymać i zadać sobie pytanie: czy chowam tę pracę, bo jest mi jeszcze potrzebna prywatnie — do refleksji, do nauki, do pamięci własnej drogi — czy dlatego, że boję się, że ktoś zobaczy we mnie niedoskonałość?

To dwie zupełnie różne rzeczy. Pierwsza jest aktem troski o siebie; druga jest cienką granicą między ochroną własnego wizerunku a lękiem przed oceną.

Akwarela nie znosi pozorów.
To medium, które natychmiast obnaża fałsz — pociągnięcie pędzla, które nie wypływa z przekonania, zostawia ślad. Nie da się jej całkowicie poprawić, nie da się cofnąć wody, która rozlała się po papierze, nie da się ukryć, że decyzja była zbyt pochopna. Może dlatego tak dobrze uczy pokory. Może dlatego pokazanie słabszej pracy jest w niej czymś więcej niż gestem — jest zgodą na to, że sztuka nie jest tylko wynikiem, lecz relacją z ryzykiem.

Na końcu zostaje pytanie, które nie znika: nie o to, czy warto pokazywać słabe prace, ale jaką opowieść chcemy o sobie budować.
Czy taką, w której wszystko zawsze wychodzi, gdzie każdy obraz wygląda jak dopracowany, idealny fragment życia?
Czy taką, w której widać drogę — krętą, mokrą od wody, pełną poprawek, powrotów, odwagi i błędów?
I nagle staje się jasne, że właśnie ta druga opowieść ma moc.
Bo pokazując drogę, a nie tylko cel, dajemy innym pozwolenie sięgnąć po pędzel, spróbować, popełnić błędy i wrócić.

Pokazujemy im, że prawdziwa sztuka rodzi się w próbach i odwadze, a nie w perfekcji.

task_01keynpqktfrh91b60hsrv4w0w_1768408478_img_1

Artysta niedoskonały jako doskonały nauczyciel

Jest w tym pewien paradoks: im bardziej doświadczony twórca pokazuje swoje słabe strony, tym bardziej staje się nauczycielem. Nie przez perfekcyjne prace, lecz przez swoje niedoskonałości.

Takie prace mówią młodym twórcom: „Nie wszystko musi wyjść idealnie. Możesz popełniać błędy i iść dalej”.

To właśnie w tym prostym przesłaniu kryje się najsilniejszy budulec pewności siebie — pozwolenie, by eksperymentować, próbować, nie bać się ryzyka, w którym tkwi sztuka.
Pokazanie własnych słabości nie jest gestem autoprezentacji ani samokrytyki — jest lekcją odwagi. Uczy młodych twórców dystansu do perfekcji, uczy cierpliwości i świadomości, że każdy mistrz kiedyś zaczynał od niedoskonałych prób.

W efekcie młodzi twórcy nie uczą się tylko techniki, lecz przede wszystkim wiary w siebie i w proces, który prowadzi do prawdziwego rozwoju.
Artysta niedoskonały staje się więc nauczycielem, który uczy nie tylko farby i kompozycji, lecz też odwagi, wytrwałości i radości z własnej drogi.


Kilka rad dla tych, którzy chcą zachować swoje prace — albo się nimi dzielić

Jeśli jest jedna rzecz, która naprawdę pomaga w twórczym rozwoju, to pamięć drogi.

Nie tej idealnej, gładkiej, bez potknięć — ale prawdziwej, pełnej prób, zmian decyzji i nieoczekiwanych zwrotów. Dlatego warto zadbać o miejsce, w którym te ślady zostaną.

Najprostsze z nich to teczka albo pudełko na papierowe prace.
Nie musi być eleganckie ani opisane złotymi literami. Wystarczy, że będzie bezpieczne. Z czasem taka teczka staje się czymś więcej niż magazynem — jest zapisem procesu. Można do niej wracać po miesiącach czy latach i zobaczyć rzeczy, które wcześniej były niewidoczne: moment, w którym coś zaczęło się układać, zmianę koloru, większą odwagę w plamie. To bezcenne źródło zaufania do samego siebie.

Równolegle warto prowadzić archiwum cyfrowe.
Zdjęcia prac w jednym folderze na komputerze albo w chmurze porządkują pamięć. Nawet niedoskonałe fotografie mają sens — pozwalają porównać skalę postępu, przypomnieć sobie konkretne decyzje, wrócić do motywów, które kiedyś były ważne. Dla wielu twórców to także narzędzie praktyczne: przydaje się przy zgłoszeniach, publikacjach, opisach drogi twórczej.

Osobnym wyborem jest dzielenie się pracami publicznie — na przykład na Instagramie.
Profil nie musi być wystawą najlepszych dzieł. Może być dziennikiem. Zapisem prób, ćwiczeń, fragmentów procesu. Taki sposób pokazywania prac zmienia perspektywę: zamiast presji „czy to jest wystarczająco dobre?” pojawia się pytanie „co dziś zrobiłam / zrobiłem i czego się nauczyłam / nauczyłem?”. Dla odbiorców to często o wiele bardziej wartościowe niż perfekcyjne obrazy bez kontekstu.


Każda z tych form ma swój sens.
Teczka uczy cierpliwości i dystansu.
Folder na komputerze — refleksji i porównania.
Profil w mediach społecznościowych — odwagi i dialogu.

Nie trzeba wybierać jednej drogi. Można łączyć je w taki sposób, który daje poczucie bezpieczeństwa i wolności jednocześnie. Bo archiwum prac nie jest po to, by się z niego tłumaczyć. Jest po to, by widzieć, że coś się wydarzyło — i że to, co dziś wydaje się słabe, jutro może stać się fundamentem
.


Zamiast kropki

Być może pytanie, czy warto pokazywać słabe, stare i nieudane prace, wcale nie dotyczy obrazów.

Dotyczy raczej tego, czy pozwalamy sobie być w drodze — widoczni, niedoskonali, prawdziwi.

Akwarela uczy, że nie wszystko da się kontrolować. Że woda czasem płynie nie tam, gdzie chcieliśmy. Że najciekawsze rzeczy dzieją się pomiędzy decyzją a jej skutkiem. I dokładnie tak samo jest z twórczością: rozwój nie rodzi się z perfekcji, lecz z odwagi, by wracać do papieru mimo wątpliwości.

Stare prace nie są dowodem porażki. Są śladem ruchu. Potwierdzeniem, że coś zostało spróbowane, przeżyte, zapisane. A czasem — że ktoś inny, patrząc na nie, poczuje ulgę i pomyśli: „Skoro ona/on mógł zaczynać w ten sposób, to może ja też mogę spróbować”.

Pokazując niedoskonałość, nie tracimy autorytetu. Przeciwnie — budujemy zaufanie. Do siebie, do procesu, do sztuki jako przestrzeni, w której wolno się uczyć, mylić i zmieniać.

I być może właśnie w tym sensie najważniejsze prace nie są tymi najlepszymi.
Są tymi, które pozwoliły nam iść dalej.
Bo to wciąż życie.
Także to z bólem, z błędem, z nieudaną plamą.


**********

KAWA   JAK   ZAWSZE  TUTAJ 🙂  KLIKNIJ W BANER JEŚLI CHCESZ JĄ  ZE  MNĄ  WYPIĆ.